– Ola, przecież rozumiesz, że Lena wychodzi za mąż? Ona i Kola nie mają gdzie mieszkać, a twoje trzypokojowe mieszkanie stoi puste – rzucił Jegor tak zwyczajnie, jakby podczas kolacji prosił mnie tylko o podanie soli.
Zastygłam z widelcem w dłoni. Poczułam, jak wszystko we mnie powoli zamienia się w lód.
Siedzieliśmy w maleńkiej kuchni wynajmowanej kawalerki. Tapeta odklejała się od ścian niemal przy każdym przeciągu, a my od pięciu lat żyliśmy właśnie tutaj, licząc każdy grosz i marząc o chwili, kiedy wreszcie będziemy mieli własny kąt.
Teraz ta chwila była naprawdę blisko. Mój ojciec postanowił podarować mi trzypokojowe mieszkanie. Dla mnie był to ogromny prezent i spełnienie marzenia, na które czekałam przez lata.
Tymczasem zamiast cieszyć się razem ze mną, mój mąż zaczął mówić o oddaniu mieszkania jego siostrze.
– To mieszkanie nie stoi puste – odpowiedziałam zaskakująco spokojnie, choć w skroniach zaczynał pulsować tępy ból. – Jutro mieliśmy przewozić tam nasze rzeczy. Przez pięć lat marzyliśmy o własnym miejscu. Zapomniałeś?
– Nie zapomniałem! – Jegor ze złością odsunął talerz. Nóż spadł na podłogę z głośnym brzękiem. – Po prostu trzeba zachować się po ludzku. My mamy gdzie mieszkać, nawet jeśli wynajmujemy, a moja siostra nie ma nic. Mama mówi, że tak właśnie postępuje rodzina. Poza tym jesteś teraz bogatą spadkobierczynią. Naprawdę żal ci czegoś dla krewnych?
Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, że widzę obcego człowieka.
Jegor zawsze był oszczędny. Lubił zaglądać do mojego portfela, analizować moje dochody i komentować wydatki. Jednak tym razem przekroczył granicę, której wcześniej nawet nie próbował naruszać.
Uraza, która przez miesiące narastała we mnie z powodu jego ciągłego niezadowolenia z mojej rodziny, nagle zmieniła się w ostrą, palącą złość.
– Twoja matka, Wiera Siemionowna, może mówić, co tylko chce – odpowiedziałam, wstając od stołu. – Ale mieszkanie podarował mi mój ojciec, Igor Siergiejewicz. Zapracował na nie, żeby jego córka mogła czuć się bezpiecznie i mieć pewność jutra. Na pewno nie po to, żeby twoja siostra urządzała sobie tam rodzinne gniazdko.
Jegor natychmiast zerwał się z miejsca. Jego twarz poczerwieniała.
– A więc tak to wygląda! Od razu „mój ojciec”, „moje mieszkanie”! A ja kim jestem w tym domu? Przybłędą? Bałaś się nawet przepisać na mnie połowę, kiedy podpisywałaś umowę darowizny. Mama miała rację. Nigdy nam nie ufałaś.
Rozmowa, która zmieniła nasze małżeństwo
Ten wieczór stał się początkiem końca.
Tej nocy nie zasnęłam ani na chwilę. Wciąż wracałam myślami do naszej rozmowy i próbowałam zrozumieć, kiedy właściwie między nami pojawiła się taka przepaść.
Jegor demonstracyjnie położył się na składanym łóżku, które trzymaliśmy dla gości. Całym zachowaniem pokazywał, jak bardzo został przeze mnie urażony.
Najbardziej bolało mnie jednak coś innego. On nie cieszył się naszym szczęściem. Nie rozmawiał ze mną o przeprowadzce, przyszłości ani o tym, jak urządzimy nowe mieszkanie.
Zamiast tego zastanawiał się nad tym, ile – jego zdaniem – zostało mu odebrane.
Rano nie przeprosił. Nie próbował też wrócić do rozmowy w spokojniejszy sposób. Jego chłód stał się niemal namacalny.
Przez następny miesiąc żyliśmy w atmosferze, która przypominała powolną torturę.
Ostatecznie przeprowadziliśmy się do trzypokojowego mieszkania, ale upragniona zmiana nie przyniosła mi ulgi.
Jegor chodził po przestronnych pokojach z miną człowieka, którego ktoś zmusza do przebywania w miejscu, którego nienawidzi.
Każdy wydatek stawał się powodem do kolejnej uwagi.
– Znowu kupiłaś te drogie tapety? – narzekał, kiedy zaczęliśmy kosmetyczny remont. – Nie masz co robić z pieniędzmi? Lepiej odłożyłabyś coś na operację mojej matki. Stare tapety też by wystarczyły. Zresztą mieszkanie i tak nie jest moje, więc po co mam się tutaj wysilać?
Nie były to już pojedyncze słowa wypowiedziane w złości. Z czasem stały się jego stałym sposobem odnoszenia się do naszego nowego domu.
Jegor konsekwentnie odmawiał jakiejkolwiek pomocy.
Kiedy trzeba było przybić półkę albo złożyć szafę, nagle okazywało się, że ma mnóstwo pracy albo musi pilnie pojechać pomóc matce na działce.
Radziłam sobie więc sama. Zatrudniałam fachowców i płaciłam im z własnych oszczędności. Jegor przechodził obok i najwyżej uśmiechał się ironicznie.
Wizyta teściowej przelała czarę goryczy
Pewnego wieczoru zmywałam z podłogi pył pozostały po remoncie, kiedy bez żadnego uprzedzenia pojawiła się Wiera Siemionowna.
Weszła do dużego pokoju, nawet nie zdejmując butów, po czym rozejrzała się z wyraźnym niezadowoleniem.
– No proszę, jakie pałace sobie urządziłaś – powiedziała, zaciskając usta. – A mój syn czuje się tutaj jak gość. Oleńko, mogłabyś mieć trochę sumienia. Jegor przez ciebie nie śpi po nocach. Martwi się, że w każdej chwili możesz go wyrzucić. Przepisz na niego połowę mieszkania i będziecie żyć spokojnie.
Wyprostowałam się. W dłoni wciąż trzymałam mokrą ścierkę.
Złość, którą przez tyle czasu próbowałam tłumić, wreszcie znalazła ujście.
– Wiero Siemionowna, czy pani siebie słyszy? – zapytałam, starając się zachować spokój, choć głos mi drżał. – Przyszła pani do mojego domu i żąda połowy mieszkania dla swojego syna? Dla człowieka, który nawet palcem nie kiwnął, żeby tutaj w czymkolwiek pomóc?
Teściowa natychmiast podniosła głos.
– A on wcale nie musi! Jest mężem! Głową rodziny! To ty poniżasz go swoim bogactwem. Jeśli nie przepiszesz na niego części mieszkania, to znaczy, że go nie kochasz. Czyli od początku miałaś taki plan: wykorzystać mężczyznę, a potem go porzucić.
Spojrzałam na Jegora.
Stał w drzwiach i milczał.
Nie stanął w mojej obronie. Nie powiedział swojej matce, żeby przestała. Nie próbował nawet złagodzić sytuacji.
Po prostu patrzył na mnie z dziwnym, zachłannym oczekiwaniem, jakby naprawdę liczył na to, że za chwilę zgodzę się oddać mu połowę mieszkania.
Właśnie wtedy zrozumiałam coś, przed czym wcześniej próbowałam się bronić.
W tym domu nie było już rodziny.
Byłam ja oraz dwoje ludzi, którzy patrzyli na moje mieszkanie jak na coś, z czego należy im się możliwie największa część.
Odłożyłam ścierkę.
– W takim razie sprawa jest prosta. Jegor, masz godzinę na spakowanie swoich rzeczy. Skoro tak bardzo boisz się, że jesteś tutaj „gościem”, uwolnię cię od tego problemu.
Jegor spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Zwariowałaś? Dokąd mam pójść? Jesteśmy małżeństwem. Masz obowiązek zapewnić mi mieszkanie!
– Pójdziesz do mamy – odpowiedziałam. – Wiera Siemionowna tak bardzo się o ciebie martwi, więc teraz będziecie mogli martwić się razem. Czas leci.
Wyszli wśród krzyków, pretensji i przekleństw.
Teściowa zapowiadała sądy i przekonywała, że zostanę bez niczego. Jegor syczał tylko, że jeszcze pożałuję swojej chciwości.
Kiedy drzwi wreszcie się zamknęły, oparłam się o ścianę w przedpokoju.
Łzy same popłynęły mi po policzkach.
Nie płakałam jednak dlatego, że chciałam go zatrzymać. Bolało mnie rozczarowanie człowiekiem, któremu przez pięć lat ufałam.
