„Je osobno, w bardzo ostentacyjny sposób. Jakbyśmy nie byli jej rodziną” – powiedziała Zinaida Pawłowna, przyciskając telefon do ucha. Chociaż w mieszkaniu nie było nikogo innego, zniżyła głos. „Chodź, Lariso. Zobaczysz”.
Larisa Melnikova, 36-letnia starsza audytorka w Izbie Obrachunkowej Obwodu Samarskiego, posłuchała matki i automatycznie ułożyła stos raportów na swoim biurku.
Był czwartek, godzina czwarta po południu. Na zewnątrz unosiła się wilgotna lutowa mgła, a latarnie na nabrzeżu Wołgi już się paliły.
—Mamo, co masz na myśli mówiąc „ostentacyjny”?
„Dokładnie to, co mówię. Siadamy przy stole, a ona znika. Jemy, a ona wychodzi. Potem wymyka się do kuchni , zdejmuje naczynia i je sama. Jak obca osoba”. Andriej milczy; dzieci są do tego przyzwyczajone, ale jako matka czuję się zraniona. Larisa rozpoznała ten ton. Jej matka nie narzekała. Wydawała rozkaz i oczekiwała, że córka będzie posłuszna.
„Pójdę w sobotę” – odpowiedział. „Porozmawiam z nią”.
Odłożył słuchawkę i odchylił się na krześle.
Marina, żona jego brata, miała dwadzieścia dziewięć lat. Pracowała jako ratownik medyczny na oddziale ratunkowym w Togliatti. Razem z Andriejem wychowywali dwie córki: pięcioletnią Kiriuszę i trzyletnią Polinę.
Cała piątka mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Woroszyłowa. Po śmierci ojca nigdy się nie rozdzieliła.
Larisa nie widziała Mariny od sześciu miesięcy. Ostatni raz widziały się na urodzinach Poliny. Marina wyglądała wtedy na zmęczoną. Miała bladą twarz, cienie pod oczami i ciągle coś robiła: sprzątała, nakrywała do stołu, podawała jedzenie .
Mimo to usiadła przy stole. Nawet się uśmiechnęła. Co się zmieniło przez te sześć miesięcy?
Zinaida Pawłowna Mielnikowa, lat sześćdziesiąt jeden, była byłą wicedyrektorką szkoły numer siedemnaście. Trzy lata wcześniej przeszła na emeryturę. Jej mąż, Wiktor Siergiejewicz, zmarł na udar mózgu w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat.
Mieszkanie miało trafić do jego syna. Uzgodniono to ustnie, bez testamentu, jeszcze za życia ojca. Larisa nie protestowała. Mieszkała w Samarze od dawna, miała własną pracownię i prowadziła niezależne życie.
Andriej pracował jako brygadzista w fabryce Togliattikauczuk. Zarobił czterdzieści siedem tysięcy rubli. Marina wpłaciła trzydzieści dziewięć tysięcy z izby przyjęć.
W sumie mieli razem osiemdziesiąt sześć tysięcy rubli. Emerytura Zinaidy Pawłowny wynosiła dwadzieścia jeden tysięcy trzysta rubli. Dokładała się do dochodów gospodarstwa domowego piętnaście tysięcy, a resztę przeznaczała na leki i inne wydatki.
Mieszkanie nie było obciążone hipoteką, ale remonty trwały jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Żółta tapeta, wzorzyste linoleum, żeliwne kaloryfery, które zimą zaparowywały okna.
W łazience ciekł kran, który Andriej obiecywał naprawić od dwóch miesięcy. W pokoju dziecięcym stało piętrowe łóżko, które Marina kupiła za cztery tysiące rubli w ogłoszeniu. Sama pomalowała je na biało w sobotni wieczór, kiedy dzieci poszły spać.
Zinaida Pawłowna uważała, że jej obowiązkiem jest utrzymanie rodziny razem. Obiad podawano punktualnie o godzinie pierwszej po południu, a kolację o godzinie siódmej.
Codziennie gotowała barszcz, kotlety, owsiankę i kompot. Planowała tygodniowe menu, zapisywała je w niebieskim notesie i przyklejała do lodówki magnesem ze słonecznikiem.
Marina nie pasowała do tego systemu.
Nie dlatego, że nie chciał. Jego zmiany czasami zaczynały się o szóstej rano, czasami o drugiej po południu, a czasami o dziesiątej wieczorem.
Praca na ostrym dyżurze nie przypominała pracy w biurze. Dwanaście godzin na nogach, czasem szesnaście, jeśli ktoś zachorował i musiał zostać dłużej. Otrzymywali zgłoszenia o zawałach serca, wypadkach i pijackich bójkach. Nikt nie czekał w karetce, żeby zjeść.
Kiedy Marina wróciła z nocnej zmiany, rodzina kończyła śniadanie. Przebrała się, zajrzała do dzieci, pożegnała się z Kiryuszą przed pokojem dziecięcym i ułożyła Polinę do snu, gdyby teściowa nie zabrała jej na spacer.
Dopiero wtedy jadła. W ciszy, sama, w kuchni.
Bez ostentacji. Po prostu w innym czasie.
Zinaida Pawłowna zinterpretowała to jednak jako odrzucenie. Afront. Wyzwanie.
W sobotę Larisa przyjechała porannym pociągiem z Samary. O 10:20 jej mama otworzyła drzwi w szlafroku i kapciach.
Miała wyraz twarzy, który Larisa opisała w myślach jako „tryb zastępcy dyrektora”: ściągnięte usta, uniesiona broda i ramiona skrzyżowane na piersi.
„Proszę. Przygotowuję obiad.”
bulgotała zupa . Z salonu dobiegały radosne głosy postaci z kreskówek.
Andriej pracował i miał wrócić o szóstej. Polina, ubrana w rajstopy i koszulkę Luntik, budowała wieżę z klocków. Kiryusha lepiła coś na kształt czołgu z plasteliny Play-Doh.
Larisa zerknęła do łazienki. Dziecięce ubrania wisiały schludnie na sznurze. Na pralce leżała karteczka: „Andriej, spodnie Poliny są w koszu. Wypierz je, jeśli będziesz prał”.
Staranne, drobne pismo Mariny.
„A gdzie to jest?” zapytała Larisa.
—Mam dyżur. Od szóstej rano. Wrócę o ósmej albo…
