– Może nie zrujnuje. Może tym razem się uda.
Może. Wielkie rosyjskie słowo. Wiera słyszała tę rozmowę i widziała, jak mężowi drga kącik ust – pewny znak, że ledwo się powstrzymuje.
Po rozmowie Aleksiej zadzwonił do wujka sam. Długo tłumaczył, że umowa poręczenia to nie żarty, że mieszkanie może pójść pod młotek, że trzy i pół miliona to nie są pieniądze, które ojciec będzie w stanie oddać. Wujek Sierioża słuchał, a potem powiedział:
– Liosza, rozumiem, że chcesz dobrze. Ale Gena to mój brat. Jeśli mu teraz odmówię, on w ogóle nigdzie nie znajdzie pieniędzy.
– Wujku Sierioża, może to i lepiej?
– Liosza, jesteś jeszcze młody. Nie zrozumiesz.
Rozmowa zakończyła się niczym. Aleksiej odłożył słuchawkę i długo patrzył w ścianę. Wiera nie pytała – i tak wszystko było jasne.
Giennadij Pietrowicz dostał kredyt w marcu. W kwietniu zaczął urządzać bazę hurtową. W maju z dumą opowiadał wszystkim krewnym, że pierwsze zamówienia już poszły. Do Aleksieja nie dzwonił i na telefony nie odpowiadał.
– Obraził się – skonstatowała matka przez telefon. – Bardzo go wtedy zraniłeś, do tej pory przeżywa.
– Mamo, powiedziałem mu prawdę.
– Prawda też bywa różna, Liosza.
Lato minęło spokojnie. Wiera z Aleksiejem pojechali na wakacje nad morze, wrócili wypoczęci. Jesień zaczęła się od deszczów i pracy. Życie toczyło się swoim rytmem, i Wiera prawie zapomniała o tej niebieskiej teczce z wiązaniami.
W październiku zadzwoniła matka – i głosem, od którego Aleksiejowi wszystko się w środku ścisnęło, powiedziała:
– Liosza, przyjedź. Ojciec w szpitalu. Serce.
Giennadij Pietrowicz leżał w sali na czterech łóżkach i wyglądał na jakieś dziesięć lat starzej niż pół roku temu. Twarz szara, wychudzona. Skórzana kurtka wisiała na oparciu łóżka – Wiera pomyślała, że tę kurtkę będzie pamiętać do końca życia.
– Tato, jak się czujesz? – Aleksiej usiadł na krześle obok łóżka.
– Będę żył, lekarze mówią. – Głos teścia był słaby, jakby pęknięty. – Ale mój biznes – już nie.
– Co się stało?
Giennadij Pietrowicz opowiadał długo i chaotycznie. Dostawcy zawiedli, ceny poszybowały, klienci przeszli do konkurencji. Magazyn, który wynajmował, właściciel postanowił sprzedać – trzeba było szybko się wyprowadzić. Część towaru zepsuła się w czasie przeprowadzki, część zniknęła razem z przeprowadzkowymi.
– Krótko mówiąc, wszystko przepadło – podsumował Giennadij Pietrowicz. – Bank żąda zwrotu pieniędzy. Nie mam z czego płacić.
– A wujek Sierioża? – zapytał Aleksiej, choć znał już odpowiedź.
– Sierioża wpadł. Porządnie. Mieszkanie zabiorą – to już przesądzone. Postępowanie egzekucyjne.
Wiera zobaczyła, jak Aleksiejowi zbladły usta. Położyła rękę na jego ramieniu, czując, jak napięły się mięśnie pod koszulą.
– Tato, a ciocia Nina? Też podpisywała?
Ciocia Nina była żoną wujka Sierioży. Wiera pamiętała ją – spokojna kobieta, pracowała jako księgowa w przychodni.
– Nina zostawiła samochód pod zastaw, swój. Też zabiorą.
W sali było duszno i pachniało lekami. Za ścianą ktoś kaszlał. Wiera patrzyła na teścia i nie mogła zrozumieć, co czuje. Złość? Litość? Zmęczenie tym nieskończonym kołem?
– Liosza. – Giennadij Pietrowicz odwrócił głowę na poduszce. – Miałeś rację.
Trzy słowa. Trzy krótkie słowa, na które Aleksiej czekał być może pół życia. Wiera widziała, jak mąż przełknął ślinę, jak drgnęła mu krtań.
– Wiem, tato.
– Sierioży szkoda. On mi wierzył.
– Mnie też ciebie szkoda, tato.
Giennadij Pietrowicz zamknął oczy. Po policzku spłynęła mu łza – pierwsza łza, jaką Wiera widziała u tego człowieka przez wszystkie lata.
Tydzień później Giennadij Pietrowicz wyszedł ze szpitala. Wrócił do żony, do tego dwupokojowego mieszkania na obrzeżach, które kupili po stracie pierwszego mieszkania dwadzieścia trzy lata temu. Bank rozpoczął procedurę egzekucji wobec poręczycieli. Wujek Sierioża próbował zaskarżyć umowę w sądzie, ale prawnicy mówili, że szanse są nikłe – podpisał dobrowolnie, warunki były jasno określone.
Aleksiej przelał ojcu pieniądze. Pięćdziesiąt tysięcy – wszystko, co z Wierą mogli dać bez uszczerbku dla siebie.
– Liosza, co ty? – zdziwiony Giennadij Pietrowicz zadzwonił. – Ja ci odmówiłem… To znaczy ty mi odmówiłeś… Nie zasłużyłem na nic.
– Tato, to na leki i na jedzenie. Bez zwrotu.
– Liosza…
– Tato, nie mów nic. Po prostu weź i żyj.
Wiera stała obok i słuchała tej rozmowy. Gdy Aleksiej odłożył słuchawkę, zapytała:
– Po co?
– W sensie?
– On chciał nas narażać. Przyniósł te papiery, wiedząc, co w nich jest. Był gotów zastawić nasze mieszkanie pod swój kredyt.
Aleksiej pomilczał. Potarł nasadę nosa – gest, który pojawiał się, gdy szukał słów na coś skomplikowanego.
– To mój ojciec, Wier. Pozwolić, żeby się poświęcił – nie dam. Pomóc, ile mogę – pomogę.
– Nie rozumiem.
– Ja sam do końca nie rozumiem. Ale nie umiem inaczej.
W grudniu poznali ostateczne konsekwencje. Mieszkanie wujka Sierioży sprzedano z licytacji – uzyskana kwota wystarczyła tylko na część długu. Resztę bank nadal ściągał. Wujek Sierioża z ciocią Niną przeprowadzili się do córki do dwupokojowego mieszkania – teraz mieszkali tam w czwórkę, licząc zięcia. Samochód cioci Niny też zabrali; teraz dojeżdżała do pracy autobusem z dwiema przesiadkami.
Giennadij Pietrowicz do Nowego Roku trochę wzmocnił się. Przez telefon mówił pogodniej, choć o nowych planach biznesowych już nie wspominał.
– Liosza, zbiorę ci paczkę na święta – powiedział w jednej z rozmów. – Matka zrobiła dżem, są grzyby kiszone.
– Tato, nie trzeba, mamy wszystko.
– Trzeba, Liosza. Trzeba.
W głosie Giennadija Pietrowicza było coś nowego. Wiera nie potrafiła tego dokładnie określić – ale wyczuwała zmianę. Może pokora. Może wdzięczność za to, że syn się nie odwrócił. Może po prostu zmęczenie – wiecznym pędem za czymś, co wciąż wymykało się z rąk.
Paczka przyszła na tydzień przed Nowym Rokiem. Trzy słoiki dżemu – malinowy, wiśniowy, agrestowy. Dwa słoiki kiszonych grzybów. Wełniane skarpety, które zrobiła matka Aleksieja. I kartka – zwykła, z choinką i śnieżynkami. W środku krzywym pismem: „Synku, szczęśliwego Nowego Roku. Wybacz za wszystko. Ojciec”.
Wiera długo patrzyła na tę kartkę. Potem wyjęła słoik z dżemem malinowym i postawiła na stole.
– Będziesz do herbaty?
– Będę.
Rozsmarowała dżem na chlebie – grubo, tak jak lubił Aleksiej. Ugryzł i skinął:
– Smaczny. Mama zawsze dobrze robiła dżem.
Za ścianą sąsiedzi włączyli telewizor – najwyraźniej szykowali się na sylwestra. Święta tuż, tuż, wszyscy będą pić szampana, składać życzenia. Wujek Sierioża nie ma już swojego mieszkania. Ciocia Nina nie ma samochodu. Giennadij Pietrowicz nie ma biznesu – znowu.
A oni z Aleksiejem mają trzypokojowe mieszkanie, którego mąż nie dał zastawić. Pięćdziesiąt tysięcy, które i tak oddali człowiekowi gotowemu ich narażać. Dżem od teściowej i kartka od teścia z jedynym słowem, którego ten zapewne nigdy nie wypowiedział na głos.
„Wybacz”.
Wiera nie rozumiała tej arytmetyki. Nie rozumiała, jak można odmówić – i jednocześnie pomóc. Jak można nie wybaczyć – a mimo to przyjąć. Jak można bronić siebie – i nie stracić tego, przed kim się broniło.
Ale przyjęła.
Dżem był rzeczywiście pyszny.
