— Podnieś. Natychmiast podnieś i załóż z powrotem.
Głos Dimy był tak spokojny, jakby prosił o podanie soli. Pierścionek leżał na kafelkowej podłodze kuchni, a promień słońca igrał na jego fasetach. Piękny. Aż zniewalająco piękny.
— Nie podniosę.
Sama zdziwiłam się, jak stanowczo to zabrzmiało.
Siedem lat temu zakochałam się w jego dłoniach. Dima pracował jako restaurator mebli – duże dłonie z wklejonym w skórę lakierem, odciski na palcach, zapach wiórów drzewnych. Odnawiał stare komody i kredensy, a ja patrzyłam, jak to robi, i myślałam: oto człowiek, który potrafi naprawiać to, co zepsute.
Mama powiedziała wtedy:
— Lero, on nie ma wykształcenia. Pracuje rękami.
— Złotymi rękami – odpowiedziałam.
Ślub odbył się po pół roku. Skromne wesele dla czterdziestu osób w kawiarni przy dworcu rzecznym. Dima sam zrobił dla nas łóżko – z jesionu, z rzeźbionymi zagłówkami. Zasypiałam, wodząc palcem po zawijasach wzoru, i myślałam, że mam szczęście.
Pierwszy dzwonek alarmowy zabrzmiał po roku.
— Lera, dlaczego naczynia są w zlewie?
Wróciłam właśnie z pracy. Nogi mi puchły – osiem godzin na stojąco w aptece, babcie z receptami, histerie z powodu braku kropli na serce.
— Bo wyszłam o siódmej rano, a wróciłam o ósmej wieczorem.
— Ja też pracuję.
— Pracujesz w domu, Dim.
Spojrzał na mnie tak, jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. Potem w milczeniu wstał i poszedł do warsztatu. Naczynia umyłam sama. I tamtego wieczoru, i następnego, i tydzień później.
Dima nigdy nie podnosił głosu. W tym tkwił cały koszmar.
— Koszula nie wyprasowana.
— Zupa przesolona.
— Podłoga brudna.
Konstatacja faktów. Bez krzyku, bez pretensji. Po prostu – fakt. A ja musiałam ten fakt naprawić. Przeprosić. Zrobić lepiej.
Mama przyjeżdżała w odwiedziny i zachwycała się:
— Jaki Dima spokojny! Nie to co twój ojciec, niech spoczywa w pokoju. Tamten darł się na całe mieszkanie.
Kiwałam głową. Tata krzyczał – tak. Ale po jego krzykach godziliśmy się, przytulaliśmy, ciągnął mamę do tańca przy Pugaczowej. A po Dimowym milczeniu miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
W piątym roku małżeństwa przestałam poznawać siebie w lustrze.
Szara twarz. Włosy ściągnięte w koński ogon. Cienie pod oczami – przyjaciółka zapytała, czy nie jestem chora.
— Po prostu jestem zmęczona – odpowiedziałam.
To nie była prawda. Nie byłam zmęczona – znikałam. Kawałek po kawałku, kropla po kropli. Każdego dnia oddawałam coś: najpierw chęć do kłótni, potem ochotę na wyjście gdziekolwiek poza pracę, w końcu – ochotę na cokolwiek.
Dima tego nie zauważał. Albo zauważał, ale mu to odpowiadało.
Tego wieczoru wróciłam do domu później niż zwykle. Zatrzymałam się w aptece – przyjechała nowa dostawa, trzeba było wszystko spisac.
Na kuchennym stole leżała kartka. Pismo Dimy – równe, niemal kaligraficzne: „Nie znalazłem kolacji w lodówce. Będę pracował do późna”.
Kolacji. Czekał na kolację.
Otworzyłam lodówkę. Było w niej jedzenie – zrobiłam zakupy w niedzielę. Mięso, warzywa, ser. Wszystko, z czego można przygotować posiłek. Ale gotować miałam ja. Zawsze – ja.
Dima wyszedł z warsztatu o jedenastej. Siedziałam przy pustym stole i patrzyłam w ścianę.
— Coś się stało?
— Dlaczego nie zrobiłeś sobie kolacji?
Mrugnął. Jakbym zapytała o coś niedorzecznego – dlaczego niebo jest niebieskie, dlaczego woda jest mokra.
— Lera, wiesz przecież, że pracuję. Jestem zmęczony.
— A ja nie jestem zmęczona?
