— A więc tak, Maryna. Spakowałam już rzeczy. Jutro się do was wprowadzam.
Tamara Wasiljewna stała w drzwiach naszego mieszkania — w norkowym płaszczu, z dwiema walizkami — i patrzyła na mnie tak, jakbym była jej coś winna. A za jej plecami mój mąż Kostia ze skruchą spuszczał wzrok. Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
— Zaraz… Jak to — wprowadza się pani? Nie rozmawialiśmy o tym…
— A co tu rozmawiać? Wychowałam syna, całe życie w niego włożyłam. Teraz ma obowiązek mnie utrzymywać. A ty — znosić.
Płaszcz pachniał naftaliną i drogimi perfumami. Tej woni znienawidziłam już pierwszego dnia, gdy poznałam Tamarę Wasiljewną — pięć lat temu, kiedy Kostia przedstawił mi ją.
— To jest Maryna? — obejrzała mnie od stóp do głów. — Kostieńka, jesteś pewien? Ona jest taka… zwyczajna.
Kostia wtedy milczał. Tak jak milczy i teraz.
Pracowałam jako pielęgniarka w rejonowym przychodni, zarabiałam grosze, ale to dwupokojowe mieszkanie w starej kamienicy kupiłam sama. Oszczędzałam siedem lat. Odmawiałam sobie wszystkiego. Żadnych urlopów, żadnych ciuchów — tylko cel.
Tamara Wasiljewna natomiast przegrała swoje trzypokojowe mieszkanie w centrum. Dosłownie. W jakiejś piramidzie finansowej, w którą zainwestowała wszystko — i została z niczym.
— Kostia — odwróciłam się do męża — wiedziałeś o tym?
Wzruszył ramionami:
— Mama dzwoniła wczoraj… Nie zdążyłem ci powiedzieć.
— Nie zdążyłeś? Przez całą dobę?
Tamara Wasiljewna przeszła obok mnie, zostawiając mokre ślady na parkiecie, który wybierałam przez trzy miesiące.
— Zajmę mały pokój. Kostia, zanieś walizki.
I on zaniósł. Mój mąż. Do mojego mieszkania. Walizki kobiety, która przez pięć lat nazywała mnie „tą”.
Przez pierwszy tydzień znosiłam to w milczeniu.
Tamara Wasiljewna wstawała o szóstej rano i grzechotała naczyniami. Przesuwała meble — „tak wygodniej”. Wyrzuciła moje kwiaty z parapetu — „zbieracze kurzu”. Gotowała Koście osobno, demonstracyjnie nakrywając mu talerz serwetką.
— A dla Maryny? — zapytał kiedyś.
— Maryna jest dorosła. Sama sobie zrobi.
W pracy zasypiałam nad kartami pacjentów. W domu — nie mogłam zasnąć przez chrapanie za ścianą i uczucie, że we własnym mieszkaniu stałam się gościem.
Dziesiątego dnia Tamara Wasiljewna zwołała nas na „naradę rodzinną”.
— A więc tak. Skonsultowałam się z prawnikiem. Kostia jest moim synem, ma prawo do połowy waszego lokalu. A ja jestem jego matką, więc ma obowiązek mnie utrzymywać.
Zakrztusiłam się herbatą.
— To mieszkanie zostało kupione przed ślubem. Za moje pieniądze. Kostia jest tu zameldowany, ale właścicielką jestem ja.
— Właśnie — zameldowany! — Tamara Wasiljewna uśmiechnęła się triumfalnie. — Wypisać go nie możesz. A więc i mnie też. Jako matka mam prawo mieszkać z synem.
Kostia wpatrywał się w stół.
— Kostia — mój głos zadrżał — naprawdę się z tym zgadzasz?
Cisza. Długa, jak zimowa noc.
— Mamo, może jednak…
— Kostieńka! Oddałam ci życie! Nie spałam po nocach! A ta… ta…
— Ta — jest jego żoną — powiedziałam. — I właścicielką tego mieszkania.
Tej nocy nie spałam. Leżałam, patrzyłam w sufit i wspominałam.
Jak Kostia przyszedł do mnie po raz pierwszy — z tanim winem i zagubionym uśmiechem. Jak razem malowaliśmy ściany. Jak przenosił mnie przez próg po ślubie.
A potem — jak milczał. Zawsze milczał, gdy matka mówiła okropne rzeczy. Jak spuszczał wzrok. Jak się zgadzał.
Przez pięć lat myślałam — to minie. Dorośnie. Wybierze mnie.
Nie wybrał.
