Po miesiącu znalazłam na kuchennym stole kartkę. Pismo Tamary Wasiljewny — duże, pewne siebie.
„Maryno, musimy poważnie porozmawiać. Powinnaś zrozumieć swoje miejsce”.
Ręce mi drżały, ale głowa była jasna.
Usiadłam i napisałam swoje.
— Co to jest? — Kostia patrzył na dokumenty, które położyłam przed nim wieczorem.
— Pozew o rozwód. I żądanie eksmisji.
Tamara Wasiljewna zerwała się:
— Nie waż się!
— Już się ważyłam. Mieszkanie jest moje, własność przedmałżeńska. Kostia jest zameldowany w miejscu zamieszkania małżonki. Po rozwodzie podstawa do zameldowania znika. Macie trzydzieści dni na wyprowadzkę.
— Maryn… — Kostia zbladł. — Mówisz poważnie?
— Absolutnie.
— Ale ja myślałem, że my…
— Myślałeś, że będę znosić. Że nie mam dokąd pójść. Że jestem „zwyczajna” i połknę. A ja połykałam przez pięć lat, Kostia. Dość.
Tamara Wasiljewna krzyczała do ochrypnięcia. Groziła sądami, przekleństwami, „wszystkimi znajomymi”. Kostia próbował negocjować — „może porozmawiamy”, „znajdziemy kompromis”, „mama jest po prostu zdenerwowana”.
Milczałam. Po raz pierwszy od pięciu lat nie miałam nic do powiedzenia.
Bo wreszcie zrozumiałam: mój mąż nie wybierał między mną a matką. Wybierał wygodę. Swoją. Zawsze.
A ja wybrałam siebie.
Wyprowadzili się po trzech tygodniach. Kostia nigdy nie podpisał dokumentów rozwodowych — musiałam iść do sądu. Tamara Wasiljewna do ostatniego dnia przesuwała moje meble i gotowała synowi barszcz.
Na pożegnanie zatrzymała się w drzwiach i spojrzała na mnie. Bez płaszcza, z tanią podróżną torbą.
— Pożałujesz — powiedziała cicho. — Zostaniesz sama. Nikomu niepotrzebna.
Zamknęłam drzwi.
I po raz pierwszy od wielu miesięcy — odetchnęłam.
Teraz — rok później — czasem myślę o Koście. Podobno wynajmuje pokój w noclegowni razem z matką. Podobno ona wciąż gotuje mu barszcz.
A ja… przemalowałam ściany. Wzięłam kota. Rano piję kawę w ciszy i nikomu nic nie jestem winna.
Tamara Wasiljewna miała rację w jednym: zostałam sama.
Tylko że „nikomu niepotrzebna” — to nie o mnie.
To o niej. I o synu, którego nigdy nie umiała wypuścić.
