Długa walka o własne życie
Rozwód oraz postępowanie dotyczące długów ciągnęły się długo.
Pojawiały się kolejne dokumenty, ekspertyzy podpisów i miesiące pełne niepewności. Część roszczeń wobec Eleny została jednak zawieszona do czasu sprawdzenia autentyczności dokumentów.
Elena postanowiła spłacać wyłącznie zobowiązania, które rzeczywiście sama podjęła, a pozostałe kwestionować na drodze prawnej.
Kilka miesięcy później otrzymała potwierdzenie, że jednego z największych długów nie można było przypisać jej w sposób, którego domagał się Raúl.
Po wyjściu z kancelarii rozpłakała się na ulicy.
Álvaro czekał na nią w pobliskiej kawiarni.
— Chcesz to uczcić?
Elena głęboko odetchnęła.
— Tak. Ale tym razem ja płacę.
Álvaro się uśmiechnął.
— To dopiero brzmi groźnie.
Firma rosła, ale życie nadal wymagało pracy
„Flores de Amalia” rozwijało się, lecz nie zamieniło się w bajkę o nagłym bogactwie.
Nadal zdarzały się bardzo wczesne pobudki, trudne tygodnie i ogrom pracy. Jednocześnie w sezonie Elena zatrudniała już pięć kobiet, a firma realizowała zlecenia dla kilku wiejskich hoteli.
Álvaro regularnie podróżował pomiędzy Asturią a miejscami, w których prowadził swoje przedsiębiorstwa, lecz coraz więcej czasu spędzał na północy.
Rok później
Niemal rok po pierwszym spotkaniu Eleny i Álvara mieszkańcy wioski zorganizowali wspólny obiad w sali lokalnego stowarzyszenia.
Na stołach pojawiły się fabada, empanada i cydr, a dekoracje przygotowano z kwiatów z ogrodu Amalii.
Mała Amalia potrafiła już stawiać niepewne kroki i przechodziła z rąk do rąk.
Elena obserwowała Álvara pomagającego sąsiadom zbierać talerze.
Nikt z obecnych nie był szczególnie zainteresowany jego hotelami ani winnicami.
Dla mieszkańców był przede wszystkim człowiekiem, który kiedyś naprawił starą bramę, nosił skrzynki podczas deszczu i potrafił usypiać małą dziewczynkę, śpiewając wyjątkowo nieczysto.
— O czym myślisz? — zapytał, kiedy podszedł do Eleny.
Oparła ramię o ścianę.
— Rok temu byłam przekonana, że wszystko, co kocham, może po prostu zniknąć.
— A teraz?
Elena spojrzała na córkę.
— Teraz wiem, że niektóre rzeczy mogą również odrosnąć.
Pytanie przy tej samej bramie
Następnego ranka Álvaro poprosił Elenę, żeby przyszła do starej bramy, przy której spotkali się po raz pierwszy.
Trzymał ręce za plecami.
— Kiedy pierwszy raz tutaj przyjechałem, zadałem ci absurdalne pytanie.
— Całkiem absurdalne.
— Zapytałem, czy mogę zostać.
Elena się uśmiechnęła.
Álvaro wyjął niewielkie pudełko.
— Dzisiaj chcę zapytać właściwie. Nie dlatego, że jestem coś winien Sergio. Nie dlatego, że potrzebujesz kogoś, kto cię uratuje. Chcę zostać, ponieważ wybieram właśnie takie życie. Pozwolisz mi zostać na zawsze?
Elena spojrzała na pudełko.
Potem na róże.
Następnie na Amalię bawiącą się plastikową konewką obok Marty.
Nie odpowiedziała od razu.
Álvaro pobladł.
— Możesz powiedzieć „nie”.
— Wiem.
Elena podeszła bliżej.
— Właśnie dlatego mogę powiedzieć „tak”.
Nie było fotografów ani luksusowej restauracji.
Były za to oklaski sąsiadów, którzy bardzo nieudolnie ukrywali się za szopą, śmiech małej Amalii oraz Marta krzycząca, że od dwudziestu minut siedzi skulona i przestała czuć nogi.
Małe wesele w Asturii
Kilka miesięcy później Elena i Álvaro zorganizowali niewielki ślub w Asturii.
Na jednym z miejsc w pierwszym rzędzie pozostawili fotografię Sergio oraz Amalii, matki Eleny. Obok zdjęcia znajdował się bukiet róż z rodzinnego ogrodu.
Elena z pieniędzy zarobionych we własnej firmie spłaciła ostatni dług, który uznawała za rzeczywiście swój.
Potwierdzenie zapłaty schowała do pudełka.
Nie jako pamiątkę bólu, lecz jako dowód, że nie pozwalała już temu bólowi kierować swoim życiem.
Historia jednak nie skończyła się na ślubie
Pewnego jesiennego popołudnia przed szyldem „Flores de Amalia” pojawiła się młoda kobieta o imieniu Sara.
Miała plecak, dziecięcy wózek i oczy opuchnięte od płaczu.
Zapytała, czy potrzebują kogoś do pracy choćby na kilka dni.
— Wyrzucili mnie z mieszkania — powiedziała. — Mam ośmiomiesięczną córkę. Mogę sprzątać, przygotowywać zamówienia, prowadzić samochód… cokolwiek.
Elena spojrzała na nią i poczuła nagłe ukłucie w piersi.
Nie widziała przed sobą obcej kobiety.
Widziała siebie sprzed miesięcy.
Samotną, trzymającą motykę i przekonaną, że przyjęcie pomocy zawsze oznacza zaciągnięcie kolejnego długu.
Elena spojrzała na bramę.
Była to ta sama brama, którą Álvaro naprawił pierwszego dnia ich znajomości.
Otworzyła ją.
— Wejdź. Najpierw dostaniesz coś ciepłego. Potem porozmawiamy o pracy.
Sara zawahała się.
— Nie mam teraz pieniędzy, żeby za cokolwiek zapłacić.
Elena się uśmiechnęła.
— Nie prosiłam cię o pieniądze.
Dobro, którego nie trzeba oddawać
Kiedy Sara przechodziła przez bramę, w oddali pojawił się Álvaro, prowadząc Amalię za rękę.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiał sytuację.
Elena również pojęła wreszcie, czym naprawdę był dług, który przez tyle lat nie dawał Álvarowi spokoju.
Dobroci nie trzeba oddawać człowiekowi, od którego się ją otrzymało.
Można przekazać ją dalej.
Sergio pomógł nieznajomemu na niebezpiecznej drodze. Po latach tamten człowiek odnalazł jego siostrę, kiedy była sama. Elena wykorzystała otrzymane wsparcie, by stworzyć miejsca pracy dla innych kobiet.
A tego jesiennego popołudnia sama otworzyła drzwi przed osobą przekonaną, że wszystkie drzwi są już przed nią zamknięte.
Róże Amalii nadal kwitły przy starej bramie.
Nie dlatego, że nigdy nie musiały przetrwać zimy.
Lecz dlatego, że po każdej zimie ktoś decydował się ponownie o nie zadbać.
