Michał jeszcze próbował być pomiędzy nami
Przez pewien czas Michał nadal do mnie dzwonił.
„Babciu, mama potrzebuje czasu” – mówił.
A ja pytałam:
„Czasu na co?”
Nie odpowiadał.
Być może nie chciał opowiadać się po żadnej ze stron. Dziś potrafię zrozumieć, że dla niego też nie była to łatwa sytuacja. Byłam jego babcią, Asia była jego matką, a pomiędzy nami znajdował się konflikt, którego nie stworzył.
Później Michał się ożenił.
Byłam na weselu. Asia siedziała przy innym stole. Przywitałyśmy się jak dwie kobiety, które przypadkiem spotkały się w poczekalni u lekarza.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie.
Dłonie, nie siebie.
Ktoś zrobił nam wtedy zdjęcie. Do dziś mam je w albumie. Dwie elegancko ubrane, uśmiechnięte kobiety patrzące w obiektyw. Ktoś obcy mógłby pomyśleć, że wszystko jest w porządku.
Nikt nie domyśliłby się, że na fotografii stoją obok siebie matka i córka, które od roku nie odbyły prawdziwej rozmowy.
Wiadomość, która dała mi nadzieję
Potem Ola zaszła w ciążę.
Michał zadzwonił.
„Babciu, będziesz prababcią!”
Płakałam ze szczęścia.
Byłam przekonana, że właśnie dostaliśmy szansę, żeby wszystko zacząć od nowa. Wydawało mi się, że pojawienie się dziecka może połączyć rodzinę, która przez lata coraz bardziej się od siebie oddalała.
Kupiłam włóczkę i zaczęłam robić na drutach sweterek.
Malutki. Biały. Z misiem.
Robiłam go powoli, starannie, poprawiając każde oczko. Wyobrażałam sobie, że kiedy Kuba się urodzi, zaniosę go młodym rodzicom. Może zrobię też pierogi. Może usiądziemy razem przy stole. Może Asia będzie tam również.
W mojej głowie wszystko wydawało się jeszcze możliwe.
Kuba urodził się w lutym
Kiedy Kuba przyszedł na świat w lutym, Michał przysłał mi zdjęcie.
Patrzyłam na nie długo. Potem od razu napisałam:
„Kiedy mogę przyjść?”
Odpowiedź przyszła dopiero po sześciu godzinach.
„Babciu, teraz jest ciężko, wirusy, sezon grypowy, sama rozumiesz. Połączymy się na wideo”.
Próbowałam nie dopatrywać się w tym niczego więcej. Noworodek, sezon grypowy, młodzi rodzice – przecież mogli się bać. Powtarzałam sobie, że muszę być cierpliwa.
Połączyliśmy się na wideo.
Po raz pierwszy zobaczyłam swojego prawnuka na ekranie telefonu.
Machałam do niego, chociaż wiedziałam, że siedmiodniowe dziecko nie rozumie, kim jestem i dlaczego jakaś starsza kobieta uśmiecha się do niego z małego prostokątnego ekranu.
Podczas rozmowy trzymałam się dzielnie.
Dopiero kiedy się skończyła, usiadłam na kanapie i wzięłam do rąk biały sweterek z misiem.
Nie miałam komu go dać.
„Wirusy” coraz mniej mnie przekonywały
Z czasem zaczęłam rozumieć, że prawdopodobnie nie chodzi tylko o choroby.
Ola publikuje na Instagramie zdjęcia Kuby z własnymi rodzicami, koleżankami, a nawet z sąsiadką. Sama nie potrafię obsługiwać tych aplikacji, ale Renata pokazała mi fotografie.
Wtedy trudno było mi nadal wierzyć, że jedynym powodem mojego odsunięcia jest sezon grypowy.
Byłam przekonana, że Asia powiedziała Michałowi i Oli, żeby trzymali mnie na dystans.
Renata próbowała ze mną o tym rozmawiać.
„Mamo” – powiedziała przez telefon, ostrożnie dobierając słowa – „może powinnaś porozmawiać z Asią. Wprost. Zapytać, co byłoby potrzebne, żeby…”
Nie dokończyła.
A ja w myślach kończyłam to zdanie za nią.
Żeby co?
Żebym mogła wziąć własnego prawnuka na ręce?
Żebym mogła przyjść do nich z tym małym sweterkiem i paczką pierogów?
Żeby słowo „babciu” nie docierało do mnie wyłącznie przez ekran telefonu?
Po spotkaniu w parku przestałam szukać wymówek
Sobotnie spotkanie w parku coś we mnie zmieniło.
Zobaczyłam ich razem. Widziałam wózek. Słyszałam głos Oli. Kuba znajdował się kilka kroków ode mnie, a ja nie miałam odwagi podejść.
Bałam się, że zobaczę w ich oczach zakłopotanie. Że Michał nie będzie wiedział, co powiedzieć. Że Ola zasłoni wózek albo zrobi się niezręczna cisza.
Dlatego udawałam, że odpoczywam przy ławce.
Potem odeszłam.
Następnego dnia zrozumiałam, że dłużej nie chcę prowadzić tej wojny za pomocą niedopowiedzeń.
