Cały kwartalny bilans w garnku solanki
W jednej chwili komputer znika pod warstwą parującej zupy. Oleg Pietrowicz gwałtownie odskakuje. Na jego twarzy pojawia się taki wyraz czystego przerażenia, że po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę chce mi się śmiać.
Nie jest to wesoły śmiech. Raczej gorzkie rozbawienie człowieka, który właśnie zobaczył absurd całej sytuacji.
— Coś ty zrobiła, wariatko?! Przecież tam jest cały kwartalny bilans i cała moja dokumentacja! — wrzeszczy na całe mieszkanie.
Chaotycznie wymachuje rękami nad zniszczonym sprzętem, ale nie ma odwagi dotknąć gorącej zawartości garnka.
Kawałek wędzonej kiełbasy powoli zsuwa się po ciemniejącym ekranie i zatrzymuje przy klawiszu spacji.
Z największą ostrożnością odkładam pusty garnek na zalaną słodkawym bulionem klawiaturę.
Jegor stoi z szeroko otwartymi ustami. Pokrywka dzbanka wypada mu z ręki i z głośnym stukiem toczy się pod stół.
Po chwili mąż rzuca się w stronę kanapy. Chwyta kuchenną ściereczkę i zaczyna gorączkowo osuszać kałuże zupy wokół martwego laptopa.
Rozmazuje przy tym tłuste plamy po jasnej tapicerce.
— Tato, tato, zaraz zasypiemy go ryżem! Ryż wyciąga wilgoć! — wyrzuca z siebie Jegor, próbując ratować urządzenie.
Patrzę na nich obu spokojnie.
— Chyba rzeczywiście było za mało soli, Olegu Pietrowiczu. Następnym razem koniecznie dodam więcej, żeby smak był bardziej wyrazisty — mówię bez najmniejszego drżenia w głosie.
Zdejmuję poplamiony kuchenny fartuch i rzucam go na zalany linoleum.
Nie zamierzam już niczego wyjaśniać.
Nie chcę słuchać kolejnych pretensji ani patrzeć, jak Jegor desperacko próbuje ratować komputer ojca, choć jeszcze kilka minut wcześniej nie potrafił zrobić nic, kiedy to ja potrzebowałam jego reakcji.
Nie miałam już czego pakować
Pewnym krokiem wychodzę do ciasnego przedpokoju i zdejmuję z wieszaka swoje ulubione jesienne palto.
Nie muszę w pośpiechu pakować wielkich toreb. Nie potrzebuję dramatycznego pożegnania ani wielogodzinnej kłótni o wspólnie zgromadzone serwisy do herbaty.
W tym mieszkaniu właściwie nic nie jest moje.
Mam tylko paszport w torebce i poczucie własnej godności, które właśnie odzyskałam.
Z kuchni dobiegają pełne paniki krzyki teścia. Oleg Pietrowicz usiłuje wydłubać oliwkę z gniazda ładowania. Towarzyszy mu rozpaczliwy głos Jegora, który proponuje wysuszenie płyty głównej suszarką do włosów.
Jeszcze niedawno te głosy wystarczyłyby, żebym wróciła. Zaczęłabym przepraszać, sprzątać i próbować naprawić sytuację, nawet gdybym nie była za nią odpowiedzialna.
Teraz jednak ich nerwowa krzątanina nie ma już nade mną żadnej władzy.
Staje się jedynie odległym, pozbawionym znaczenia szumem.
