W tych szarych, kamiennych murach Francuzki były pozbawiane imion, ubrań i wszelkich śladów człowieczeństwa. I zawsze zaczynało się tak samo: „Zdejmijcie ubranie i uklęknijcie”. To zdanie rozbrzmiewało echem w wąskich korytarzach, wypowiadane z klinicznym chłodem, bez gniewu czy nienawiści, niczym prosty rozkaz, wypełniany zgodnie z protokołem.
Nikt nie odważył się rozmawiać o tym, co stało się później, przynajmniej przez długi czas. Oficjalnie miejsce to nie istniało. W archiwach Vermarth figurowało jedynie jako centrum triażu medycznego dla cywilów podejrzanych o przynależność do francuskiego ruchu oporu. W rzeczywistości było to laboratorium, a człowiekiem, który nim zarządzał, był dr.
Ernst Felker, lekarz kształcony w Berlinie i członek niemieckiego korpusu medycznego, miał nienaganną historię służby, przynajmniej na papierze. Felker był metodyczny. Nosił okulary w cienkich oprawkach, mówił cicho i zawsze mył ręce. Rejestrował wszystko: temperaturę ciała, czas reakcji, reakcję skóry, natężenie bólu.
Wszystko było zapisywane w czarnych, twardych notatnikach, pisanych precyzyjnym, pochyłym pismem. Dla niego te kobiety nie były ofiarami, lecz danymi. Wśród więźniarek były pielęgniarki aresztowane podczas opieki nad rannymi żołnierzami aliantów, bojowniczki ruchu oporu schwytane na wiejskich drogach, nauczycielki oskarżone o ukrywanie Żydów, szwaczki oskarżone przez sąsiadów o kolaborację, zwykłe kobiety, kobiety, których twarze zniknęły ze zbiorowej pamięci, ponieważ ich imiona nigdy nie zostały odkryte.
Byli zamknięci w wilgotnych celach w piwnicy starej fabryki, bez okien, bez światła dziennego, jedynie ze słabą lampą na suficie, która migotała, gdy drogą przejeżdżały wojskowe ciężarówki. Zimno było tak dotkliwe, że niektórzy budzili się z suchymi ustami od nocnych dreszczy. Nie było materacy, tylko stara słoma i podarte koce, cuchnące pleśnią.
