– Słuchajcie mnie uważnie. Przyszliście do mnie z groźbami. Do mojego domu. Bez pytania. Bez zrozumienia, w co się pakujecie. To wasz pierwszy błąd.
Pochylił się lekko do przodu.
– Drugi – uznaliście, że jestem słaby. Że starość oznacza bezradność.
Powoli skinął w stronę zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju.
– W tamtym pokoju mam amunicji tyle, o jakiej wam się nawet nie śniło. I jeśli zechcę, nie wyjdziecie stąd. Wcale.
Teraz już się nie śmiali.
– Zmuszę was, żebyście żałowali, że się w ogóle urodziliście.
Starzec mówił cicho. I właśnie dlatego jego słowa brzmiały bardziej przerażająco.
– Macie szansę. Wstańcie, przeproście i wynoście się. I zapomnijcie drogę do tego domu.
Cisza przeciągnęła się długo. Jeden z bandytów przełknął ślinę.
– Mówi pan poważnie… ten?
Starzec spojrzał na niego spokojnie.
– Sprawdźcie.
Chłopcy wymienili spojrzenia. W ich oczach nie było już bezczelności. Tylko wątpliwość i niepokój. Zrozumieli jedno: jeśli nie kłamie, niebezpiecznie jest zadzierać z takim człowiekiem. A jeśli kłamie… też nie chcieli się tego dowiadywać.
Ten, który wcześniej chwycił go za kołnierz, wstał pierwszy.
– Idziemy – powiedział cicho do pozostałych.
Skierowali się do drzwi.
Starzec otworzył zamek i odsunął się na bok.
– Słuszna decyzja.
Trzej mężczyźni wyszli, nie oglądając się za siebie. Brama trzasnęła. Kroki szybko oddaliły się ulicą.
