Telefon pisnął akurat w momencie, gdy Ludmiła właśnie rozłożyła przed sobą papiery i przygotowywała się do wideospotkania z klientem. Wibracja, krótki pisk, ekran rozbłysnął wiadomością:
„Mama przyjeżdża 1 czerwca. Odbierz na dworcu o 14:30”.
Przeczytała wiadomość dwa razy, potem jeszcze raz, i nerwowo, niemal chichocząc, parsknęła:
– No jasne… – mruknęła Ludmiła, kręcąc głową. – Myślałam, że może w tym roku się obejdzie…
Do kuchni zajrzał Mikołaj, żując kanapkę z miną człowieka, który dokonał wyczynu.
– Co śmiesznego? – spytał podejrzliwie, mrużąc oczy.
– Ano to… – Ludmiła spojrzała na niego z przekąsem. – Masz czterdzieści dwa lata, a wciąż chowasz się za spódnicą mamy.
Mikołaj zmarszczył brwi, omal nie zakrztusił się chlebem.
– Znowu swoje… Mama przyjedzie na lato, odpocznie, obejrzy ogródek, pobędzie z nami. Nic strasznego.
– Nic strasznego? – uniosła brwi Ludmiła. – Dla kogo? Dla mnie to trzy miesiące obozu przetrwania! Bez prawa powrotu do domu.
Chciał coś powiedzieć, ale zamilkł, starannie przeżuwając kanapkę. Ludmiła, patrząc na niego, wiedziała: 1 czerwca wszystko się powtórzy, jak co roku. Wejdzie Zinaida Pietrowna – majestatycznie, jak królowa. Zacznie się wykład: „Podłogi brudne, serwetki w złym kolorze, ziemniaki przesmażone, syn schudł, a ja, biedna matka, się martwię!”
Przyzwyczaiła się do tych przemówień, ale przyzwyczajenie nie czyniło ich lżejszymi. Każdy ukłucie teściowej wbijało gwoździk w jej cierpliwość.
„A gdybym kiedyś te gwoździki wyciągnęła… z hukiem?” – pomyślała Ludmiła, dolewając sobie kawy.
– Lud, nie dramatyzuj – mruknął Mikołaj z pełnymi ustami. – Mama pomieszka i tyle.
– Rozumiesz, że ona nie przychodzi „tak sobie”? – głos Ludmiły zadrżał. – Wdziera się do mojej kuchni, do mojego życia – i urządza rewolucję!
– To starsza kobieta – powiedział zmęczonym głosem Mikołaj. – Ma swoje spojrzenie. Starszych trzeba szanować.
– Szacunek nie mierzy się liczbą filiżanek, które za nią zmywam.
Wieczorem zadzwoniła do ciotki Wali, głosu rozsądku w ich rodzinnych skandalach.
– Walentyno Siergiejewno, nie jestem chyba szalona? – spytała niemal błagalnie Ludmiła.
– Szalona? – zaśmiała się ciocia Walia. – Nie, kochana, szalona jest właśnie moja siostra. Tylko jej nie mów wprost, bo będzie wojna światowa.
– Ona i tak codziennie wypowiada działania wojenne – westchnęła Ludmiła. – W zeszłym roku nazwała mnie „bezpłodną kokoszką”.
– Znam jej język. Ostry jak nóż kuchenny. Ale rada: nie pozwól, by tym nożem raniła cię w serce. Zrób ruch koniem.
– Ruch koniem? – zaniepokoiła się Ludmiła.
– Wyjedź gdzieś. Na tydzień, na dwa. Niech Mikołaj sam z matką pomieszka. Zrozumie, o co chodzi.
Myśl nie była nowa, ale wcześniej nie miała odwagi. Zawsze wydawało jej się, że odejść to znaczy przyznać się do porażki. A może wręcz przeciwnie – to jedyna szansa na wygraną?
Wieczorem przy kolacji znów wybuchł spór.
– Mikołaju, powiedz szczerze, choć raz stanąłeś po mojej stronie? – zapytała Ludmiła, krojąc chleb tak, że nóż wcinał się w deskę.
– Nie chcę się kłócić – mruknął Mikołaj. – Potrzebuję spokoju w domu.
– Spokoju? – głos jej się podniósł. – A co to za spokój, jeśli codziennie czuję się jak służąca?
– Przesadzasz – spróbował złagodzić. – To przecież matka.
– A ja kim jestem? Meblem?!
Nóż z brzękiem upadł na stół. Mikołaj skrzywił się.
– No dość – powiedział, wstając. – Nie zamierzam tego słuchać.
Poszedł do salonu włączyć telewizor, ratując się w wiadomościach. Ludmiła patrzyła za nim i nagle zrozumiała: oto jej samotność w małżeństwie.
W nocy siedziała w kuchni, przeglądając stronę z wycieczkami do sanatorium. Morze, słońce, ciepły klimat… W środku drżała ze strachu i jednocześnie z podniecenia.
– A jeśli naprawdę wyjadę? – szepnęła do siebie. – Niech żyją razem. Matka i syn. A ja popatrzę z boku.
Wyobraziła sobie Zinaidę Pietrowną wydającą polecenia Mikołajowi: „Nosi wiadro! Obierz ziemniaki! Zamiataj podłogę!” Wyobraziła sobie jego twarz – zagubioną, obrażoną, ale zmuszoną do posłuszeństwa. I nagle zrobiło jej się śmiesznie.
– Chciałabym to zobaczyć – powiedziała półgłosem, po raz pierwszy od dawna czując lekkość.
Następnego dnia, gdy Mikołaj był w pracy, Ludmiła wykupiła wycieczkę. Pieniądze były – zarabiała więcej od męża.
Wieczorem postanowiła ogłosić.
– Mikołaju, mam nowiny – powiedziała, gdy zdjął buty w przedpokoju.
– Jakie nowiny? – zaniepokoił się.
– Wyjeżdżam. Do sanatorium. Na dwa tygodnie.
Mikołaj upuścił torbę z zakupami.
– Co?! Kiedy?!
– W dzień przyjazdu twojej mamy. Tak będzie uczciwiej.
– Lud, zwariowałaś?! Chcesz zostawić mnie samego z nią?
– Nie, Mikołaju. Chcę, żebyś wreszcie zrozumiał, co znaczy z nią mieszkać. Bez mojej strefy buforowej.
Długo milczał, patrząc na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Żartujesz…
– Nie, ratuję życie. – Głos był stanowczy. – A ty musisz uratować swoje sam.
Tej nocy prawie ze sobą nie rozmawiali. Mieszkanie pogrążyło się w ciszy, gęstej jak mgła. Ludmiła leżała na boku, nasłuchując jego oddechu. Drogi powrotnej nie ma.
Przyjazd teściowej i wyjazd żony
1 czerwca wszystko się zmieni. Albo runie, albo zacznie od nowa. Ale tak, jak było, już nigdy nie będzie.
Pociąg z Tuły przyjechał dokładnie o czasie. Mikołaj stał na peronie, przestępując z nogi na nogę, trzymając w rękach skromny bukiet goździków – mama zawsze mówiła, że „róże są na pokaz, a goździk – dla duszy”. Głęboko odetchnął, patrząc na platformę. I oto się pojawiła – znajoma sylwetka w surowym płaszczu, z małą, ale podejrzanie ciężką walizką. Zinaida Pietrowna. Jak zwykle wyglądała, jakby jechała nie do syna na wieś, a na posiedzenie Sądu Najwyższego.
– Synku! – rozpostarła ramiona, niemal wznosząc się na peronie. – Och, jak schudłeś! Ciebie to nie karmią? – głos drżał, ale w słowach przebijał cienki wyrzut.
– Mamo, no wystarczy – zmieszał się Mikołaj, obejmując ją. – Normalnie się odżywiam.
– Normalnie? – zmrużyła oczy, jakby studiowała raport o niejadalnym. – Twarz masz na kościach jak kura po rosole! Dobra, w domu się rozpracujemy.
Mikołaj z trudem podniósł walizkę i od razu pożałował, że nie wziął wózka. „Mała walizka” ważyła jak dwa worki cementu.
– Mamo, co ty tam napchałaś? – jęknął, ciągnąc ją po schodach.
– Domowe przetwory. Ogórki, dżem, grzyby. Twoja żona umie gotować? Czy znowu jecie półprodukty? – Zinaida Pietrowna uśmiechnęła się tak, że Mikołaj poczuł: żart daleki od niewinnego.
– Ludka dobrze gotuje – mruknął, starając się brzmieć przekonująco.
– No-no, zobaczymy – odpowiedziała, puszczając oko, jakby to był test na uczciwość.
W domu czekała już niespodzianka. Ludmiła, spakowana wcześniej, powitała teściową w przedpokoju z uśmiechem tak napiętym, że każdy obcy pomyślałby: „Oto idealna rodzina”.
– Zinaido Pietrowno, witam! Proszę wejść, czuć się jak u siebie – powiedziała, całując powietrze centymetr od policzka teściowej.
– To nie problem, córeczko – zauważyła zgryźliwie tamta, rozbierając się. – Zawsze tak się czuję.
Mikołaj udał, że nie zauważa iskier przelatujących między dwiema kobietami.
– Mamo, zaniosę walizkę do pokoju.
– Ostrożnie! Tam są słoiki! – Zinaida Pietrowna zmrużyła oczy, patrząc na niego jak na podejrzanego kuriera.
– Jeśli słoiki wybuchną, to chociaż remont zaczniemy – wtrąciła Ludmiła, kaszląc.
– Jaki remont? Tu i tak wszystko jest byle jak. Tapety odpadają, sufity żółte. Ty, Ludmiło, chyba jesteś bardzo zajęta, co? Ciągle pracujesz? – Zinaida Pietrowna usiadła na kanapie, jakby studiowała plan zdobycia mieszkania.
– Tak, zajęta. Dlatego na lato postanowiłam odpocząć. Wyjeżdżam do sanatorium.
Przez trzy sekundy w mieszkaniu panowała absolutna cisza. Mikołaj zamarł, trzymając walizkę. Słoiki w środku podejrzanie zabrzęczały.
– Co znaczy „wyjeżdżam”? – lodowatym głosem zapytała matka.
– To znaczy. Dwa tygodnie. Wycieczka opłacona. – Ludmiła uśmiechała się spokojnie, niemal niewzruszenie.
– A syn? A dom? Rzucasz wszystko na mnie? – oczy Zinaidy Pietrowny błysnęły lodowym ogniem.
– Nie – odpowiedziała spokojnie Ludmiła. – Na pańskiego syna.
Mikołaj poczuł się jak chłopiec przyłapany z czekoladą w kieszeni. Chciał coś powiedzieć, ale zamiast słów tylko zakaszlał.
– Boże, do czego wy, młodzi, jesteście egoistami. Ja w twoim wieku, Ludmiło, z trójką dzieci na rękach, z pracą, z ogródkiem – i nic, żyłam. A ty… sanatorium jej się zachciało! – głos matki drżał, ale był pełen pogardy.
– No, pani miała za to męża, który nie sprowadzał matki do mieszkania na całe lato – nie wytrzymała Ludmiła, szczerze się uśmiechając.
– Toż to szczęście, że jestem blisko! – zmarszczyła się Zinaida Pietrowna. – Jestem wam tutaj jak ściana.
– Ściana? – parsknęła Ludmiła. – Raczej buldożer.
Mikołaj cicho westchnął: – Dobra, dość! Mamo, Ludka zdecydowała – niech jedzie. Damy radę.
– My? – zmrużyła oczy matka. – Ty dasz radę? Ty nawet pierogów nie umiesz ugotować!
