Brat wziął mamę na sierpień na wieś – “niech odpocznie od bloku”. W czwartek mama zadzwoniła z numeru sąsiadki: skończyły się jej leki na ciśnienie, a “Wojtka nie ma jak prosić, bo zły”. Zawiozłam leki w piątek. Mama czekała przy furtce, z torbą.
Gdybym tamtego piątku nie wyjechała z Łodzi o szóstej rano, pewnie do dziś łudziłabym się, że mama u Wojtka odpoczywa. Że jest jej dobrze. Że brat się nią opiekuje, jak obiecał.
Ale wyjechałam. I zobaczyłam to, czego nie chciałam zobaczyć.
Pomysł z wyjazdem pojawił się na początku lipca. Wojtek zadzwonił w niedzielę, co samo w sobie było dziwne – zwykle odzywał się raz na miesiąc, krótko, rzeczowo. Tym razem mówił dużo. Że mama w tym bloku na Retkini siedzi sama, że upały, że trzecie piętro bez windy, że mogłaby u niego na wsi odpocząć. Sierpień, ogródek, świeże powietrze.
Mama nie chciała jechać.
– Lucynko, ja tam nikogo nie znam – mówiła przez telefon, a ja słyszałam, jak w tle leci telewizor. – I kto podleje mi kwiaty na balkonie?
– Mamo, kwiaty podleję. Pojedziesz, odpoczniesz, wrócisz opalona.
Namawiałam ją. Ja. Do dziś mam to przed oczami – jak stałam w kuchni, przekładając telefon z ręki do ręki, i tłumaczyłam mamie, że Wojtek chce dobrze. Że się o nią martwi. Że to miłe z jego strony.
Mama pojechała pierwszego sierpnia. Wojtek zabrał ją swoim samochodem, bo mama nie jeździ już autobusami dalekobieżnymi. Ma siedemdziesiąt osiem lat, problemy z ciśnieniem i kolana, które dają o sobie znać na każdym schodku. Do Wojtka na wieś jest jakieś sto dwadzieścia kilometrów – za daleko na autobus z przesiadką, za blisko, żeby robić z tego wielką wyprawę.
Przez pierwszy tydzień dzwoniła codziennie. Że ładnie, że ogródek, że sąsiadka przyniosła groszek. W drugim tygodniu zaczęła dzwonić rzadziej. Raz powiedziała, że Wojtek dużo pracuje w polu i mało go widzi. Innym razem, że jest trochę zmęczona, ale to pewnie upał.
Nie zapaliła mi się żadna lampka. Powinnam była słuchać uważniej.
W czwartek, dwudziestego pierwszego sierpnia, zadzwonił nieznany numer. Odebrałam, bo pomyślałam, że to z pracy – kończyłam właśnie kwartalne rozliczenia i czekałam na telefon z biura.
To była mama. Ale głos miała inny niż zwykle – przyciszony, szybki, jakby ktoś mógł ją usłyszeć.
– Lucynko, dzwonię od Janiny, od sąsiadki. Skończyły mi się leki na ciśnienie. Amlodypina i ten drugi, ten biały. Wojtek miał załatwić receptę, ale nie załatwił.
– Mamo, to niech Wojtek jedzie do apteki. Albo niech zadzwoni do twojego lekarza w Łodzi, wystawią e-receptę, wykupisz gdziekolwiek.
Cisza. Potem mama powiedziała cicho:
– Wojtka nie ma jak prosić. Bo zły.
– Jak to – zły? Na co zły?
– Lucynko, po prostu przywieź mi te leki. Mam jeszcze trochę tego na ciśnienie, na dwa dni starczy. Ale przywieź.
Nie pytałam więcej, bo znałam ten ton. Mama tak mówiła, kiedy nie chciała tłumaczyć. Kiedy wolała przełknąć problem, niż go nazwać.
Pojechałam do jej mieszkania na Retkini po zapasowe opakowania. W szufladzie nocnej szafki leżały dwa blistry amlodypiny i paczka peryndoprylu. Obok recepty, starannie złożone, z datami wypisanymi flamastrem. Mama była zorganizowana – zawsze miała zapas na dwa miesiące. Jeśli leki się skończyły po trzech tygodniach, to znaczy, że zabrała ze sobą tylko na dwa.
Albo ktoś jej powiedział, że na dwa wystarczy.
Wyjechałam z Łodzi w piątek o szóstej. Jechałam przez Piotrków, potem bocznymi drogami przez wioski, gdzie nazwy pamiętałam z dzieciństwa – bo Wojtek kupił dom w okolicy, gdzie nasi rodzice mieli kiedyś znajomych. To nie była rodzinna wieś. To był dom, który Wojtek kupił osiem lat temu za pieniądze ze sprzedaży ojcowej działki.
O tej działce nigdy nie rozmawialiśmy wprost. Ojciec zapisał ją Wojtkowi, mimo że oboje z mężem dokładaliśmy się do jej utrzymania przez lata. Kiedy ojciec umarł, Wojtek sprzedał działkę w trzy miesiące i kupił dom na wsi. Nie zapytał mamy, czy chce tam mieszkać. Nie zapytał mnie, czy mam coś przeciwko.
Przyjechałam przed dziewiątą. Dom stał na końcu żwirowej drogi, za drewnianym płotem, który Wojtek pomalował na zielono. Z daleka wyglądało to ładnie – domek z ogródkiem, malwy pod oknem, jabłoń.
Mama stała przy furtce.
Z torbą.
Nie z tą małą, w której wozi dokumenty do przychodni. Z dużą, granatową,
