— Czy ty w ogóle rozumiesz, co robisz?! — głos Jegora przeszedł w krzyk. — Mam już dość twoich pomysłów! Dość tego, że wtrącasz się we wszystko!
Waleria znieruchomiała przy oknie, ściskając w dłoniach filiżankę z wystygłą kawą. Nawet się nie odwróciła. Doskonale wiedziała, co za chwilę nastąpi. Ten sam spór powracał już nie pierwszy raz.
— Może wreszcie przestaniesz rządzić w cudzym domu? Tutaj gospodynią jest moja mama i to ona będzie decydować, czy robić remont, czy nie! — wyrzucił z siebie Jegor, coraz bardziej czerwony na twarzy.
I właśnie padły słowa, które zabolały najbardziej: „cudzy dom”.
Waleria powoli odstawiła filiżankę na parapet i odwróciła się do męża. Pięć lat małżeństwa, trzy lata życia w tym mieszkaniu, a dla niego wciąż pozostawała kimś obcym.
— Jegor, powiedziałam tylko, że w kuchni trzeba wymienić rury. Przeciekają. To nie jest żadna zachcianka, tylko…
— Zamknij się! — przerwał jej i zrobił krok w jej stronę.
Waleria odruchowo się cofnęła.
— Moja mama mieszkała tutaj trzydzieści lat, zanim się pojawiłaś, i jakoś sobie radziła! A ty przychodzisz i zaczynasz nas pouczać, jak mamy żyć!
Z korytarza wyłoniła się Raisa Fiodorowna. Teściowa wycierała dłonie kuchennym ręcznikiem, a na jej twarzy malował się wyraz zadowolenia.
— Leroczka, po co tak denerwujesz Jegora? — zapytała przesadnie łagodnym tonem. — Przecież on jest zmęczony po pracy, ma dużo nerwów, a ty jeszcze zaczynasz z tymi remontami…
Waleria poczuła znajome ukłucie bezsilności. Raisa Fiodorowna zawsze potrafiła przedstawić sytuację w taki sposób, by winna ostatecznie okazywała się synowa.
— Raiso Fiodorowno, pod zlewem stoi kałuża. Ja nie wymyślam problemów.
— Ach, kałuża! — teściowa teatralnie rozłożyła ręce. — Wytrę ją szmatą i wszystko będzie dobrze. Nie trzeba wydawać pieniędzy na takie głupoty.
Jegor zapalił papierosa w pokoju, choć doskonale wiedział, że Waleria nie znosi dymu. Robił to demonstracyjnie, wypuszczając dym w jej stronę.
— Mama ma rację. Nie mamy pieniędzy na twoje fantazje. Moja pensja nie jest z gumy.
Waleria pomyślała o nowym telefonie kupionym dla jego matki i o opłaconym dla niej wyjeździe do sanatorium. Nie powiedziała jednak ani słowa. Wiedziała, że kolejna dyskusja niczego nie zmieni.
Poszła do sypialni, zamknęła drzwi i usiadła na łóżku. Drżały jej ręce, a w gardle czuła bolesny ucisk. Nie płakała. Miała wrażenie, że wszystkie łzy wypłakała już wcześniej.
Wtedy zawibrował telefon. Wiadomość wysłała Rita, koleżanka z pracy:
„Lera, będziesz dziś na prezentacji? Będzie kierownictwo, mogą zdecydować o awansie”.
Waleria spojrzała na zegarek. Była osiemnasta. Prezentacja miała rozpocząć się o dwudziestej w centrum miasta.
Pracowała jako specjalistka od marketingu w niewielkiej agencji. Awans mógł oznaczać dla niej nie tylko większe zarobki, lecz przede wszystkim większą niezależność.
Szybko się przebrała, zrobiła makijaż i zebrała dokumenty. Kiedy wyszła z sypialni, Jegor siedział na kanapie obok matki. Oglądali jakiś program i śmiali się, jakby wcześniejsza awantura w ogóle nie miała miejsca.
— Wychodzę — oznajmiła Waleria.
— Dokąd? — Jegor nawet na nią nie spojrzał.
— Do pracy. Mam prezentację.
— O tej porze? — Raisa Fiodorowna zmrużyła oczy. — A kto zrobi kolację?
— Wszystko jest w lodówce. Wystarczy podgrzać.
— A więc tak to wygląda — odezwał się Jegor, odrywając wzrok od telewizora. — Rodzina już się dla ciebie nie liczy? Praca jest ważniejsza?
Waleria zatrzymała się w drzwiach. Miała ochotę przypomnieć mu, ile robi każdego dnia: gotowanie, sprzątanie, pranie, pracę zawodową. Zamiast tego odpowiedziała spokojnie:
— Wrócę późno. Nie czekajcie.
Telefon, który zmienił wszystko
Na zewnątrz panował lutowy mróz, ale Waleria po raz pierwszy od wielu godzin poczuła ulgę. Przynajmniej przez kilka godzin będzie w miejscu, w którym jej praca ma znaczenie i w którym nikt nie traktuje jej jak intruza.
Metro było zatłoczone. Waleria wcisnęła się do wagonu i spojrzała na telefon. Zobaczyła trzy nieodebrane połączenia z nieznanego numeru. Oddzwoniła.
— Halo, pani Walerio Siergiejewno? — odezwał się rzeczowy męski głos. — Kancelaria adwokacka Michajłowa. Mamy do pani sprawę.
— Jaką?
— Chodzi o spadek. Pani ciotka, Jewgienija Kiriłłowna, zostawiła testament. Została pani wskazana jako jedyna spadkobierczyni.
Waleria zaniemówiła.
Ciotkę Żenię widziała tylko raz, jeszcze w dzieciństwie. Pamiętała wysoką kobietę o dobrych oczach, która przywiozła jej ogromnego pluszowego misia.
— Ale… prawie nie utrzymywałyśmy kontaktu.
— Mimo to pozostawiła pani mieszkanie w centrum. Dwupokojowe. Oraz niewielką sumę pieniędzy. Czy może pani jutro przyjechać do naszego biura w sprawie dokumentów?
Waleria słuchała, jakby wszystko działo się gdzieś daleko.
Mieszkanie.
Własne mieszkanie.
Możliwość odejścia.
— Tak. Oczywiście, przyjadę.
Po wyjściu z metra nadal była oszołomiona. Sama prezentacja minęła jej niemal jak we śnie. Odpowiadała na pytania automatycznie, ale najwyraźniej dobrze, bo przełożony kilka razy pokiwał z uznaniem głową.
Do mieszkania wróciła około wpół do jedenastej wieczorem. Światło nadal się paliło.
Jegor czekał na nią w przedpokoju. Był pijany, miał zaczerwienione oczy.
— Gdzie się włóczyłaś? — zapytał i chwycił ją za rękę.
— Przecież mówiłam. Byłam w pracy.
— Kłamiesz! Rita dzwoniła i pytała, gdzie jesteś. Powiedziała, że prezentacja skończyła się o dziewiątej!
Jego palce zacisnęły się mocniej na jej nadgarstku. Waleria wyrwała rękę. Na skórze pozostały czerwone ślady.
— Załatwiałam dokumenty. Dostałam mieszkanie po ciotce.
Jegor momentalnie spoważniał.
— Jakie mieszkanie?
Waleria spojrzała mu prosto w oczy.
— Moje mieszkanie. I zamierzam się tam przeprowadzić.
Z kuchni wyjrzała Raisa Fiodorowna. Jej twarz nagle pobladła.
— Co ty mówisz? Nie możesz porzucić męża!
— Mogę — odpowiedziała Waleria z zaskakującym spokojem. — I zrobię to. Mam dość życia w cudzym domu.
— To bezczelność! — krzyknęła teściowa. — Wiedziałam, że ty…
Waleria już jej nie słuchała. Weszła do sypialni i zaczęła pakować swoje rzeczy.
Niespodziewany przeciwnik
Następnego ranka obudził ją telefon z nieznanego numeru. Noc spędziła na kanapie w salonie. Nie wróciła do sypialni, zamykając się przed rozwścieczonym Jegorem, który długo dobijał się do drzwi i domagał wyjaśnień.
— Pani Walerio Siergiejewno? Tu Kiriłł Michajłow, adwokat. Byliśmy umówieni na dzisiaj.
— Tak, pamiętam. O której mam przyjechać?
— Pojawił się pewien problem — głos adwokata stał się ostrożniejszy. — Jest jeszcze jeden pretendent do spadku. Siostrzeniec pani ciotki od strony jej męża, Wiktor Gromow. Twierdzi, że ma większe prawa do mieszkania.
Waleria usiadła.
— Jak to? Przecież powiedział pan, że jestem jedyną spadkobierczynią.
— W testamencie wskazana jest pani. Pan Gromow twierdzi jednak, że testament sporządzono pod naciskiem i że pani ciotka nie była w odpowiednim stanie. Żąda ekspertyzy. Proszę przyjechać, omówimy szczegóły.
Waleria szybko się ubrała i wyszła bez śniadania.
W kuchni siedziała Raisa Fiodorowna. Miała zmęczone, opuchnięte oczy i patrzyła na synową z otwartą niechęcią.
— Myślisz, że tak po prostu ci to ujdzie? — syknęła. — Jegor bez ciebie sobie nie poradzi. Jest słaby, potrzebuje wsparcia.
— Potrzebuje służącej — odpowiedziała Waleria, biorąc torbę. — Pani doskonale poradzi sobie z tą rolą.
Biuro kancelarii mieściło się w prestiżowym centrum biznesowym przy ulicy Twerskiej. Kiriłł Michajłow okazał się mężczyzną około pięćdziesiątki, o przenikliwym spojrzeniu i pewnym sposobie bycia.
— Proszę usiąść. Sytuacja nie jest prosta — powiedział, wyciągając teczkę z dokumentami. — Wiktor Gromow złożył pozew o podważenie testamentu. Ma dobrego adwokata.
— Dlaczego ciotka zostawiła mieszkanie mnie, skoro miała jeszcze jego?
— Jewgienija Kiriłłowna i Wiktor nie utrzymywali kontaktu przez ostatnie piętnaście lat. Poważnie się pokłócili, gdy próbował wyciągnąć od niej pieniądze na jakiś niejasny biznes. Ostatecznie bardzo się na nim zawiodła. Panią natomiast pamiętała z dzieciństwa.
Waleria przypomniała sobie tamtą wizytę. Miała około siedmiu lat. Przyjechała z mamą do ciotki Żeni, która opowiadała jej historie ze swoich podróży.
— Co mam robić?
— Przygotować się do procesu. Gromow może być trudnym przeciwnikiem. W pewnych kręgach ma opinię człowieka, który nie przebiera w środkach.
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi. Sekretarka wprowadziła wysokiego mężczyznę w drogim garniturze. Miał szerokie ramiona, chłodne szare oczy i uśmiech, który wzbudził w Walerii niepokój.
— Wiktor Gromow — przedstawił się, wyciągając do niej rękę.
Waleria jej nie podała.
— A więc to pani jest tą siostrzenicą, która nagle się pojawiła.
— Nigdzie się nie pojawiałam. To ciotka wskazała mnie w testamencie.
— Testament… — Wiktor uśmiechnął się pogardliwie i usiadł naprzeciwko. — Wie pani, moja ciotka pod koniec życia zupełnie straciła rozeznanie. Lekarze to potwierdzą. Mam dokumenty dotyczące jej zaburzeń psychicznych.
— To nieprawda — odparł stanowczo Michajłow. — Jewgienija Kiriłłowna do ostatniego dnia była zdolna świadomie podejmować decyzje.
— Zobaczymy, co powie sąd — odpowiedział Wiktor.
Następnie spojrzał na Walerię.
— Możemy też załatwić wszystko polubownie. Sprzeda mi pani mieszkanie za symboliczną cenę, a ja nie będę utrudniał pani życia. Proszę mi wierzyć, potrafię to robić.
— Proszę wyjść — powiedziała Waleria.
— Proszę się zastanowić. Mam znajomości. Zdążyłem się też dowiedzieć kilku interesujących rzeczy o pani. Mieszka pani z teściową, mąż ma problem z alkoholem… Szare życie. Można sprawić, że stanie się jeszcze bardziej szare.
Po jego wyjściu Waleria opadła na fotel. Trzęsły jej się dłonie.
— On mówi poważnie?
— Jak najbardziej — odpowiedział Michajłow, podając jej wodę. — Oficjalnie trudno mu coś zarzucić, ale jego metody są znane. Zastraszanie, przekupywanie świadków. Proszę zachować ostrożność.
