Niebieska teczka z wiązaniami. Zwykła, z każdego sklepu papierniczego. Wiera zobaczyła ją w rękach teścia i od razu poczuła – nic dobrego ta teczka nie przyniesie.
Giennadij Pietrowicz stał w progu w swojej skórzanej kurtce, tej samej, kupionej jakieś dziesięć lat temu. Kurtka dawno wylazła na łokciach, ale zakładał ją na wszystkie ważne spotkania – uważał to za oznakę solidności.
– Lesza jest w domu? – zapytał, nawet się porządnie nie przywitawszy.
– Dzień dobry, Giennadiju Pietrowiczu. – Wiera odsunęła się w bok. – Proszę wejść, jest w pokoju.
Teść przecisnął się obok niej, zostawiając na wycieraczce ślady od butów. Teczkę przyciskał do piersi, jak coś cennego.
– Liocha, mam sprawę. – Giennadij Pietrowicz przeszedł do pokoju bez pukania.
Aleksiej siedział przy komputerze, pracował nad tabelami. Był ekonomistą w firmie budowlanej, liczby to jego żywioł. Wiera wiedziała: mąż nie znosi, gdy przeszkadza mu się w trakcie obliczeń.
– Tato, cześć. – Obrócił się na krześle. – Co się stało?
– Dlaczego od razu się stało. – Giennadij Pietrowicz opadł na kanapę i poklepał dłonią miejsce obok. – Usiądź, jest rozmowa.
Wiera została w drzwiach. Nie chciało jej się odchodzić, ale i stać było niezręcznie. Poszła do kuchni postawić czajnik – choć doskonale wiedziała, że teść herbaty pić nie będzie. W ogóle rzadko coś jadł lub pił u nich.
Giennadij Pietrowicz całe życie zajmował się biznesem. A raczej próbował – co nie jest tym samym. W latach dziewięćdziesiątych handlował czym popadnie, w dwutysięcznych otworzył warsztat samochodowy, który po dwóch latach upadł. Potem były jakieś schematy z nieruchomościami, potem transport towarów. Każdy nowy projekt zaczynał z rozmachem i pewnością, że teraz to już na pewno się uda.
Nie udawało się.
Aleksiej dorastał z poczuciem, że ojciec lada moment się dorobi. Matka pracowała na dwa etaty, ojciec snuł plany. Plany były piękne, z cyframi i wykresami. Pieniądze zawsze gdzieś uciekały w nieznanym kierunku.
Gdy Aleksiej miał czternaście lat, stracili mieszkanie. Ojciec nie przeliczył się, komuś był winien – trzeba było szybko sprzedać. Przeprowadzili się do dwupokojowego mieszkania na obrzeżach, matka płakała nocami, ojciec mówił, że to tymczasowe.
Tymczasowość rozciągnęła się na dwadzieścia trzy lata.
Wiera znała tę historię w ogólnym zarysie. Aleksiej nie lubił wspominać dzieciństwa, ale co nieco opowiadał. Rozumiała, dlaczego mąż tak ceni ich trzypokojowe mieszkanie w dobrej dzielnicy, dlaczego starannie liczy każdy grosz przed większymi zakupami, dlaczego nie znosi słowa „kredyt”.
– Sprawa wygląda tak. – Giennadij Pietrowicz rozwiązał teczkę i wyjął kilka kartek. – Bank wymaga poręczyciela. Formalność, rozumiesz.
Aleksiej wziął papiery, ale czytać nie zaczął – po prostu trzymał je w dłoniach.
– Jaki bank, tato?
– Nieważne jaki. Chodzi o to, że bank zatwierdził mi kredyt, duży, na rozwój. Opowiadałem ci o bazie hurtowej?
Aleksiej skinął. Słyszał o bazie hurtowej z piętnaście razy w ciągu ostatniego półrocza. Według ojca – złoto dno, trzeba tylko zainwestować.
– No więc wszystko się składa. – Giennadij Pietrowicz mówił szybko, jakby bał się, że go przerwą. – Znalazłem lokal, dostawcy są, logistykę przemyślałem. Zostało tylko sformalizować kredyt – i do przodu.
– I ile trzeba?
– Trzy i pół miliona.
Wiera, która właśnie niosła herbatę, zamarła w progu. Trzy i pół miliona. Oni nie mieli nawet blisko tyle.
– Tato – Aleksiej położył papiery na stole – trzy i pół miliona to poważna suma.
– Wiem, ale chodzi o to, że bank wszystko zatwierdził. Potrzebny mi tylko poręczyciel, rozumiesz? Ty po prostu podpisujesz – i wszystko.
– Po prostu podpisuję co?
– No to. – Giennadij Pietrowicz wskazał palcem na papiery. – Umowę poręczenia. To formalność, dla banku do sprawozdawczości. Oni mnie nie znają, a gdy widzą, że syn gotów jest poręczyć, od razu mają większe zaufanie.
Aleksiej znowu wziął kartki i zaczął czytać. Wolno, jak zawsze czytał dokumenty. Wiera znała ten nawyk – i wiedziała, że teraz lepiej milczeć.
– Liosza, no co ty tam wypatrujesz – nie wytrzymał Giennadij Pietrowicz. – Standardowa umowa, w każdym banku taka.
– Standardowe umowy też trzeba czytać.
– Co, ojcu nie ufasz?
Aleksiej podniósł wzrok znad papierów i spojrzał na ojca. Wiera poczuła tę pauzę prawie fizycznie – jakby powietrze w pokoju zgęstniało.
– Tato, daj mi godzinę. Przejrzę dokładnie.
– Co tam przeglądać?
– Jestem ekonomistą, pamiętasz? Wypada, żebym sprawdził.
Giennadij Pietrowicz został na kanapie. Wiera przyniosła mu herbatę, której – jak się spodziewała – nie tknął. Aleksiej wyszedł z papierami do kuchni i zamknął drzwi. Wiera krążyła między pokojem a korytarzem, nie wiedząc, co z sobą zrobić.
– Wiera, czego ty się tak kręcisz – burknął teść. – Usiądź, włącz telewizor.
– Zaraz. – Usiadła w fotelu naprzeciwko, ale telewizora nie włączyła.
Siedzieli tak jakieś dwadzieścia minut. Giennadij Pietrowicz kilka razy zrywał się, żeby iść do syna, ale Wiera za każdym razem zagadywała o coś innego. O siostrzenicę, która dostała się na studia. O ceny w sklepach. O remont u sąsiadów. Teść odpowiadał monosylabami i co chwilę spoglądał na drzwi kuchni.
– Wiera, rozumiesz przecież, to dla rodziny – powiedział nagle. – Jeśli baza ruszy, wam też będzie lepiej.
– Jak to?
– No dzieci kiedyś będziecie mieli. – Rozłożył ręce. – Co, wnukom mam nic nie zostawić? Ja nie dla siebie się staram.
Wiera milczała. Dzieci na razie nie mieli – lekarze radzili poczekać po leczeniu. Temat był bolesny. Teść wiedział o tym, ale i tak od czasu do czasu przypominał.
– Giennadiju Pietrowiczu, Aleksiej sam zdecyduje.
– Sam, sam – mruknął. – Sam decyduje, nikogo nie słucha. W kogo taki uparty, nie pojmuję.
Wiera wiedziała, w kogo. I Giennadij Pietrowicz też na pewno wiedział – tylko nie chciał przyznać.
Aleksiej wyszedł z kuchni po czterdziestu minutach. Twarz miał taką, jaką Wiera widywała rzadko. Zazwyczaj mąż umiał panować nad emocjami, ale teraz coś przebijało się na wierzch – ciemne, ciężkie.
– Tato. – Położył papiery na stole przed ojcem. – Tutaj, w punkcie cztery-ósmy, przeczytaj.
– Czytałem już.
– Przeczytaj jeszcze raz.
Giennadij Pietrowicz wziął kartki i zaczął szukać właściwego miejsca. Wiera podeszła bliżej, zajrzała mu przez ramię.
– «W przypadku niewywiązania się przez kredytobiorcę z zobowiązań wynikających z umowy kredytowej, poręczyciel zobowiązuje się…» – Giennadij Pietrowicz czytał wolno, potykając się na prawniczych sformułowaniach.
– Dalej, tato. Tutaj.
– «Egzekucja może być skierowana na majątek poręczyciela, w tym na nieruchomości». – Podniósł wzrok. – No i co? Standardowe sformułowanie.
– A tutaj, w załączniku. – Aleksiej przewrócił stronę. – Wykaz majątku poręczyciela dla zabezpieczenia kredytu. Zobacz, co jest napisane.
Wiera zobaczyła wiersz przed teściem. „Mieszkanie położone pod adresem…” Ich adres. Ich mieszkanie. To samo, które z Aleksiejem kupowali przez trzy lata, odkładając z każdej pensji.
– Tato, rozumiesz, co tu jest napisane?
– No to na wszelki wypadek. – Giennadij Pietrowicz jakoś się zakrzątnął, zaczął przekładać papiery. – To tylko dla banku, oni tak piszą dla asekuracji. Nikt twojego mieszkania nie zabierze.
– Jeśli nie spłacisz kredytu – zabiorą.
– Spłacę, co ty? Liosza, wszystko przeliczyłem. Baza po pół roku wyjdzie na plus, po roku zamknę kredyt. Znasz mnie.
Aleksiej milczał. Wiera też milczała. W pokoju zapadła taka cisza, że słychać było tykanie zegara na ścianie. Sekunda. Jeszcze jedna. Jeszcze.
– Tato – w końcu powiedział Aleksiej – znam cię. Dlatego nie podpiszę.
Giennadij Pietrowicz najpierw nie zrozumiał. Albo udawał.
– W sensie – nie podpiszesz? Liosza, co ty? Tłumaczę ci: to formalność.
– Formalność, na mocy której my z Wierą możemy zostać bez dachu nad głową.
– Nie zostaniecie bez dachu, o czym ty w ogóle mówisz?
– O tym, że chcesz wziąć trzy i pół miliona, a nie masz z czego oddać. Skąd wezmą się pieniądze, tato? Z bazy hurtowej, która jeszcze nie istnieje?
– Będzie, gdy dostanę kredyt.
– A jeśli nie wypali? Jeśli dostawcy zawiodą, jeśli nie będzie klientów, jeśli coś jeszcze się wydarzy?
Giennadij Pietrowicz wstał z kanapy i zaczął chodzić po pokoju. Dwa kroki tam, dwa z powrotem. Kurtka skrzypiała w zgięciach.
– Liosza – głos mu się zmienił, stał się cichszy i jakby głębszy – jestem twoim ojcem. Wychowałem cię, wykształciłem, postawiłem na nogi. Gdy brakowało ci na pierwszy samochód – kto dołożył sto tysięcy? Gdy graliście wesele – kto zapłacił za połowę bankietu?
– Pomogłeś, tato. Ale to były inne kwoty. Nie trzy i pół miliona.
– Chcę powiedzieć, że nigdy cię nie zawiodłem.
Aleksiej spojrzał na ojca. Długo patrzył, a Wiera widziała, jak mężowi drgają mięśnie szczęk.
– Tato. Miałem czternaście lat, gdy wyprowadzaliśmy się z naszego mieszkania. Pamiętam, jak mama pakowała rzeczy i płakała. Pamiętam, jak mówiłeś, że to tymczasowe. Mam teraz trzydzieści siedem lat. Ta historia nigdy się nie skończyła.
W pokoju znowu zrobiło się bardzo cicho.
– Czyli przypomniałeś sobie. – Giennadij Pietrowicz zatrzymał się na środku pokoju. – Czyli cały czas pamiętałeś i milczałeś.
– Tato, nie przypominam. Tłumaczę, dlaczego nie mogę podpisać.
– Mówisz mi teraz, że jestem złym ojcem?
– Mówię, że źle oceniasz ryzyko.
– Czterdzieści lat w biznesie.
– I czterdzieści lat w długach.
Wiera wzdrygnęła się. Nigdy nie słyszała, żeby Aleksiej rozmawiał z ojcem w ten sposób. Zazwyczaj mąż był powściągliwy – nawet gdy Giennadij Pietrowicz opowiadał oczywiście nierealne plany o swoich projektach.
Teść najwyraźniej też się nie spodziewał. Zamarł na chwilę i przez kilka sekund patrzył na syna tak, jakby widział go po raz pierwszy.
– No to tak. – Zaczął zbierać papiery ze stołu. – Czyli syn rodzony ojcu nie ufa. Czyli jest gotów ojca porzucić.
– Tato, ja cię nigdzie nie porzucam.
– Porzucasz. Przyszedłem do ciebie z prośbą – a ty mi odmawiasz. Jak to się nazywa?
– To się nazywa „nie narażanie swojej rodziny”.
– A ja nie jestem twoją rodziną, tak?
Aleksiej otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Giennadij Pietrowicz już szedł do drzwi. Teczka była wciśnięta pod pachę, buty stukały o parkiet.
– Giennadiju Pietrowiczu – Wiera próbowała go zatrzymać – może herbaty się napijecie, porozmawiacie spokojnie?
– Dziękuję, Wiera, nie trzeba. – Nawet się nie odwrócił. – Zrozumiałem wszystko o tym domu.
Drzwi trzasnęły tak mocno, że w przedpokoju zachwiał się wieszak.
Po wyjściu teścia Aleksiej usiadł na kanapie i jakieś dziesięć minut po prostu milczał. Wiera nie wtrącała się z rozmowami – krzątała się w kuchni, brzęczała naczyniami. Potem przyniosła mężowi kanapki z serem i szynką, które lubił.
– Jedz. – Postawiła talerz na stole. – Od obiadu nic nie jadłeś.
– Wier, zrobiłem dobrze?
Usiadła obok i położyła głowę na jego ramieniu.
– Liosza, nie wiem – dobrze czy nie. Wiem, że wystraszyłam się, gdy wyciągnął te papiery.
– Ja też.
– Tam naprawdę było nasze mieszkanie jako zabezpieczenie?
– Naprawdę. Wprost. Jeśli on nie spłaca – my odpowiadamy swoim majątkiem.
Wiera pomilczała, trawiąc usłyszane.
– A on wiedział o tym?
– Myślę, że wiedział. Albo nie czytał i przyniósł jak leży. Co, w sumie, jest jeszcze gorsze.
Posiedzieli jeszcze chwilę. Aleksiej zjadł jedną kanapkę, druga została na talerzu.
– Teraz pojedzie do innych krewnych – powiedział w końcu. – Do wujka Sierioży, do cioci Niny. Ktoś się zgodzi.
– Myślisz?
– Jestem pewien. Ojciec umie przekonywać. On naprawdę wierzy, że się uda. To najgorsze, Wier. On nie oszukuje – on siebie przekonuje.
Aleksiej miał rację. Dwa tygodnie później dowiedział się od matki, że poręczycielem zgodził się zostać wujek Sierioża – młodszy brat ojca. Ten sam, który całe życie pracował w fabryce i dopiero koło pięćdziesiątki mógł kupić normalne mieszkanie.
– Mamo, tłumaczyłaś mu, co jest w umowie? – zapytał Aleksiej przez telefon.
– Liosza, nie mieszam się w to. – Głos matki był zmęczony, załamany. – Twój ojciec jest dorosły, niech sam decyduje.
– On zrujnuje wujka Sieriożę.
