Spokojna rozmowa zamiast kolejnej awantury
W mieszkaniu panowała cisza. Zbyt głęboka jak na miejsce, w którym kilka godzin wcześniej przebywało tylu ludzi.
Andriej siedział na kanapie i patrzył na odłamki filiżanki rozsypane na stoliku. Babcia Zoja w pośpiechu nie tylko ją stłukła, ale nawet nie posprzątała kawałków.
Matka wyszła zapłakana. Wujek Mitia mruczał coś o „dzisiejszej młodzieży bez wychowania”, a babcia Zoja długo kręciła głową, powtarzając:
— Do czego to doszło… Synowe wyrzucają teraz teściowe z domu…
Andriej wyjął telefon, zaczął pisać wiadomość do żony, skasował ją, napisał następną. W końcu wysłał tylko: „Gdzie jesteś? Poszli już. Porozmawiamy?”
Przez pół godziny nie było odpowiedzi. Potem przyszło krótkie: „Jadę”.
Kiedy Śnieżana wróciła, po wcześniejszej furii nie było śladu. Wyglądała na zmęczoną, lecz zdecydowaną.
— Andriej, musimy poważnie porozmawiać.
Skinął głową i zrobił jej miejsce na kanapie.
— Wiem. Śnieżka, przykro mi, że tak wyszło…
— Nie. — Podniosła rękę. — Nie przepraszaj. Chcę ci wyjaśnić, co czuję. Spokojnie.
Andriej spojrzał na nią zaskoczony. Po podobnych awanturach Śnieżana zwykle albo obrażała się na kilka dni, albo rozpoczynała kolejną kłótnię. Teraz zachowywała się zupełnie inaczej.
— Kiedy twoja matka wchodzi do naszej sypialni bez pozwolenia, czuję się… — szukała właściwych słów — bezbronna. Jakbym nie miała własnego domu. Jakbym była tutaj gościem, który powinien podporządkowywać się cudzym zasadom.
Andriej chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu przerwać.
— Rozumiem, że ona chce pomagać. Ale pomoc jest wtedy, gdy ktoś jej potrzebuje i o nią prosi. Kiedy ktoś przychodzi bez zaproszenia i zaczyna urządzać wszystko według własnego uznania, dla mnie nie jest to już pomoc. To ingerowanie w nasze życie.
— Ale ona jest moją matką…
— Andriej, a kim jestem ja? — Śnieżana usiadła naprzeciwko niego. — Jestem twoją żoną. My również jesteśmy rodziną. I nasza rodzina musi mieć własne zasady.
Milczał, próbując uporządkować jej słowa. Gdzieś głęboko wiedział, że miała rację. Problem polegał na tym, że przez całe dzieciństwo przywykł do przekonania, iż matki nie wolno martwić, a jej zdanie powinno być najważniejsze.
— Nie chcę się z nią kłócić — mówiła dalej Śnieżana. — Chcę po prostu czuć się gospodynią we własnym domu. Czy naprawdę proszę o tak wiele?
— Nie — odpowiedział cicho. — Nie prosisz.
— W takim razie porozmawiaj z nią. Powiedz, że mamy własne zasady. Że przed wizytą trzeba zadzwonić. Że nie można bez pukania wchodzić do sypialni.
— A jeśli się obrazi?
— A jeśli ja odejdę?
Pytanie zabrzmiało cicho, ale trafiło w niego mocniej niż krzyk.
Andriej podniósł głowę.
— Przecież nie odejdziesz?
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze Śnieżana. — Kocham cię. Ale nie mogę żyć w domu, w którym nie czuję się szanowana. W miejscu, gdzie moje zdanie nic nie znaczy.
Przez chwilę siedzieli bez słowa. Za oknami powoli zapadał październikowy zmierzch, a mieszkanie pogrążało się w półmroku.
— Dobrze — powiedział w końcu Andriej. — Porozmawiam z mamą. Tylko zrobię to spokojnie. Ona naprawdę chciała dobrze.
— Dziękuję — odpowiedziała Śnieżana i po raz pierwszy tego dnia się uśmiechnęła. — Tylko to chciałam usłyszeć.
Oboje jednak wiedzieli, że najtrudniejsze dopiero przed nimi. Taisja Pietrowna nie należała do osób, które łatwo zmieniają swoje przyzwyczajenia.
Niedzielny telefon o siódmej rano
Niedziela rozpoczęła się od telefonu o siódmej rano.
— Andriejku, tu mama. Całą noc nie spałam, myślałam o tym, co wydarzyło się wczoraj… Może przyjdę i porozmawiamy?
Andriej sennie wyciągnął rękę po telefon, lecz Śnieżana była szybsza.
— Taisjo Pietrowno, dzień dobry. My jeszcze śpimy. Jeśli chce pani przyjechać, proszę zadzwonić około jedenastej. Wtedy ustalimy, czy nam pasuje.
— Śnieżanko, a nie można po prostu…
— Nie można. Do widzenia.
Odłożyła telefon na szafkę.
Andriej patrzył na nią z przerażeniem.
— Co ty robisz? Teraz na pewno się obrazi!
— Niech się obraża. Wczoraj wyjaśniałam: mamy swoje zasady.
Pół godziny później telefon zadzwonił ponownie. Tym razem dzwonił wujek Mitia.
— Andriej, co tam u was się dzieje? Taiska płacze i mówi, że wyrzucacie ją z rodziny…
— Wujku Mitia, chcemy tylko, żeby uprzedzała nas przed wizytą.
— Co ty wygadujesz! Rodzina to jacyś obcy ludzie? Matka ma umawiać się do syna jak na wizytę?
— Nie chodzi o umawianie się, tylko…
— Posłuchaj mnie, siostrzeńcu — głos wuja stał się poważniejszy. — Pamiętam cię jeszcze w pieluchach. Matka poświęciła dla ciebie całe życie. A teraz co? Żona rozkazała i wyrzucasz matkę za drzwi?
Andriej poczuł, jak narasta w nim złość. Dokładnie tego się spodziewał. Za chwilę cała rodzina zwróci się przeciwko Śnieżanie. Będą telefonować, zawstydzać go i żądać, żeby „zrozumiał matkę”.
— Wujku, to z żoną mam żyć. I chcę, żeby czuła się dobrze w naszym domu.
— Ech, Andriej… — Mitia ciężko westchnął. — Dobrze. Ale zastanów się porządnie. Żony przychodzą i odchodzą, a matkę ma się tylko jedną.
Po tej rozmowie Andriej długo siedział przy kuchennym stole z kubkiem kawy i patrzył przez okno. Śnieżana w milczeniu przygotowywała śniadanie. Czuł jednak jej napięcie.
— Żałujesz tego, co było wczoraj? — zapytała, nie odwracając się.
— Nie wiem — odpowiedział. — Boję się.
— Czego?
— Że rodzina się rozpadnie. Że mama przestanie się do mnie odzywać. Że wszyscy uznają mnie za niewdzięcznego syna.
Śnieżana postawiła przed nim talerz z jajecznicą i usiadła naprzeciwko.
— A tego, że stracisz mnie, się nie boisz?
Pytanie zawisło pomiędzy nimi.
Andriej rozumiał, że znalazł się w chwili, której dłużej nie dało się odkładać. Musiał zdecydować, jakie miejsce zajmuje jego małżeństwo w jego własnym życiu.
— Boję się — powiedział cicho. — Bardzo.
— Więc zdecyduj.
O trzynastej zadzwoniła babcia Zoja. Płakała do telefonu i opowiadała, że Taisja Pietrowna nic nie je, nic nie pije, tylko leży i patrzy w sufit.
— Andriejuszeńku, przecież rozumiesz, ona wychowała cię sama… Ojciec odszedł wcześnie… Całe jej życie skupiało się na tobie. A teraz czuje, że nikomu nie jest potrzebna…
— Babciu — Andriej zacisnął pięści — ale to nie znaczy, że może…
— Co takiego strasznego zrobiła? Chciała posprzątać! Zrobić porządek! A potraktowaliście ją jak psa…
— Babciu, oddzwonię.
Rozłączył się i spojrzał na żonę. Śnieżana siedziała przed komputerem i udawała, że pracuje, ale doskonale wiedział, że słyszała każde słowo.
— Uważają cię za potwora — powiedział.
— Wiem.
— A mnie za zdrajcę.
— Wiem.
— Śnieżka… A może spróbujemy inaczej? Znajdziemy jakiś kompromis?
Odwróciła się.
— Jaki?
— Może mama będzie przyjeżdżać według ustalonego planu? Na przykład w soboty, o konkretnej godzinie. Wtedy będziemy przygotowani na jej wizytę.
— Andriej — głos Śnieżany znów zrobił się bardzo cichy — wczoraj obiecałeś porozmawiać z matką, żeby zrozumiała nasze zasady. A dzisiaj proponujesz ułożyć harmonogram jej wizyt.
— Przecież to też jakieś rozwiązanie…
— Nie. To próba zadowolenia wszystkich. A rezultat będzie taki, że twoja mama zacznie przyjeżdżać według planu, ale nadal będzie uważać, że wolno jej wejść do sypialni, zaglądać do lodówki i doradzać nam nawet w sprawie zasłon.
Andriej już wiedział, że żona ma rację.
— Więc co mam zrobić?
— To, co obiecałeś. Porozmawiać z nią. Szczerze.
Rozmowa syna z matką
Wieczorem Andriej pojechał do Taisji Pietrowny. Matka otworzyła mu drzwi w szlafroku. Miała zapłakane oczy i minę męczennicy.
— Andriejku! — rzuciła mu się na szyję. — Wiedziałam, że przyjdziesz! Wiedziałam, że nie porzucisz własnej matki!
— Mamo, usiądź. Musimy porozmawiać.
Usiedli w kuchni. Andriej przez dłuższą chwilę szukał odpowiednich słów.
— Mamo, Śnieżana nie jest przeciwko twoim wizytom. Chodzi o to, że przychodzisz bez uprzedzenia.
— Ale przecież ja…
— Mamo, wysłuchaj mnie. Proszę. — Wziął ją za ręce. — Pamiętasz, jak ciężko było, kiedy z ojcem mieszkaliście z babcią Walą? Pamiętasz, jak narzekałaś, że wtrąca się do waszego życia?
Taisja Pietrowna zmarszczyła brwi.
— To było co innego.
— Dlaczego? Babcia Wala też chciała dobrze. Też uważała, że się o was troszczy. Ale tobie było z tym źle. Pamiętasz, jak mówiłaś: „Chcę mieć własny dom i własne zasady”?
— Andriejku, przecież ja nie jestem taka jak ona…
— Mamo — mocniej ścisnął jej dłonie — dla Śnieżany jesteś teraz tym, kim babcia Wala była kiedyś dla ciebie. Rozumiesz?
Zapadła długa cisza.
Taisja Pietrowna patrzyła na syna, a w jej oczach powoli pojawiało się coś innego niż dotychczasowa uraza.
— Czyli… jestem dla niej obca?
— Nie. Nie jesteś obca. Ale nie jesteś jej matką. Ona ma własną matkę. Ty jesteś moją matką. To dwie różne role.
— I co teraz? Mam prosić o pozwolenie, żeby zobaczyć syna?
— Masz uprzedzać o wizytach. Zadzwonić wcześniej. Szanować naszą przestrzeń.
Taisja Pietrowna wstała i podeszła do okna.
— A jeśli nie będę umiała? Jeśli cały czas będzie mi się wydawać, że stałam się kimś obcym w twoim życiu?
— Wtedy… — Andriej ciężko westchnął — wszystkim nam będzie bardzo trudno.
Odwróciła się do niego.
— To ultimatum?
— Prośba, mamo. Prośba, żebyś zrozumiała, że mam teraz własną rodzinę.
