—
### Część 2
Pewnego popołudnia wracałem z zakupami, gdy pani Rhode zawołała mnie zza płotu.
„Mieszkasz niedaleko, James?”
Zatrzymałem się.
„Parę domów dalej.”
Przyjrzała mi się uważnie.
„Chcesz zarobić porządne pieniądze?”
Zawahałem się.
„Na czym?”
Otworzyła drzwi i gestem zaprosiła mnie do środka.
„Pomóż mi. Uzgodnimy stawkę. Wytłumaczę przy herbacie.”
W środku nalała herbaty, która smakowała jak gotowane chwasty, i przeszła do rzeczy.
„Umieram.”
Prawie się zakrztusiłem.
Przewróciła oczami.
„Nie dramatyzuj. Mam osiemdziesiąt pięć lat, nie dwanaście. Lekarz mówi: może kilka lat, może mniej. Potrzebuję pomocy przy zakupach, lekach, dojazdach i drobnych naprawach. Nie mam nikogo zaufanego.”
„A co ja z tego będę miał?”
Przez chwilę mi się przyglądała.
„Kiedy umrę, wszystko będzie twoje. Zostawię ci cały majątek.”
Patrzyłem na nią.
„Pani poważnie? Pani mnie prawie nie zna.”
„Wystarczająco.”
Brzmiało to jak coś absurdalnego, może nawet niebezpiecznego. Ale potrzebowałem pieniędzy, a jakaś samotna część mnie chciała jej wierzyć. Więc podałem jej rękę.
„Umowa.”
Na początku wszystko było dokładnie takie, jak mówiła. Woziłem ją na wizyty, robiłem zakupy, dzieliłem leki w plastikowe pojemniki, naprawiałem szafki, zmieniałem żarówki, czyściłem rynny i wynosiłem śmieci. Narzekała przy każdym kroku.
„Spóźniłeś się.”
„To cztery minuty.”
„I tak spóźniony.”
Mówiłem jej, że jest niemożliwa, a ona odpowiadała:
„A jednak wracasz.”
Powoli, bez słów, coś się zmieniało. Zaczęła prosić, żebym zostawał na kolację. Jej jedzenie było okropne, ale obrażała się, jeśli mówiłem prawdę. Raz zrobiła suchy jak wiór klops, przy którym potrzebowałem trzech szklanek wody.
„To jest okropne.”
Wskazała na mnie widelcem.
„To umrzyj z głodu.”
Wieczorami oglądaliśmy teleturnieje. Krzyczała na uczestników, jakby mogli ją usłyszeć. Opowiadała o swoim życiu, a ja zacząłem mówić o rzeczach, których nigdy nikomu nie powiedziałem: o domach zastępczych, o tym, jak nie przywiązywać się do ludzi, jak nie planować dalej niż do następnego czynszu.
Pewnej nocy wyłączyła dźwięk w telewizorze i spojrzała na mnie.
„Ty myślisz tylko o przetrwaniu, James. Nie masz marzeń?”
Wzruszyłem ramionami.
„Chciałbym dalej pracować w dinerze. Może kiedyś awansować.”
„Cóż,” powiedziała bez entuzjazmu. „To już coś.”
Zimą dała mi brzydkie, zielone skarpety, które wyglądały tak, że nie wiedziałem, czy dziękować, czy złożyć reklamację.
„Zrobiłam je,” powiedziała. „Żeby ci stopy nie zamarzły.”
Joe w dinerze zauważył, że wychodzę szybciej po zmianach.
„Masz dziewczynę?”
„Pomagam pani Rhode.”
Roześmiał się.
„Ta stara wojowniczka? W czym niby?”
Opowiedziałem mu wszystko. Na końcu pokiwał głową.
„Dziwne jak cholera. Ale ona cię lubi. To coś znaczy.”
Wzruszyłem ramionami, ale myślałem o tym cały dzień. Nie wiedziałem, jak wygląda rodzina. Może tak — jak siedzenie w ciepłym pokoju z kobietą, która cię obraża, podaje fatalne jedzenie i pamięta, że marzną ci stopy.
A potem pewnego dnia ją znalazłem. Przyszedłem, a ona nie otwierała drzwi. Wszedłem więc zapasowym kluczem. Telewizor był włączony. Kubek herbaty stał zimny przy fotelu. Pani Rhode siedziała nieruchomo. Wiedziałem, zanim dotknąłem jej dłoni. Ale i tak wypowiedziałem jej imię.
Potem wezwałem pomoc. Upadłem na kolana i płakałem bardziej niż przez całe lata.
Pogrzeb był jak zły sen. Stałem z tyłu, czując, że nie mam prawa tak bardzo cierpieć.
A potem odczytanie testamentu, upokorzenie i myśl, że mnie okłamała.
