— Co ty tutaj robisz?!
Zamarłem w progu kuchni, wciąż trzymając w dłoni walizkę. Przede mną stał nieznajomy mężczyzna, mniej więcej trzydziestopięcioletni, ubrany w moją ulubioną koszulkę z logo Metalliki. Jak gdyby nigdy nic mieszał coś na patelni. Zapach smażonych jajek uderzył mnie w nos. W tamtej chwili nie kojarzył się ze śniadaniem, lecz z jakimś absurdalnym, wyjątkowo okrutnym żartem.
— A ty kim jesteś? — odwrócił się i dopiero wtedy zobaczyłem jego twarz.
Musiałem przyznać, że był przystojny. Starannie przystrzyżony zarost, gęste brwi i spojrzenie tak pewne siebie, że natychmiast wzbudziło we mnie jeszcze większą złość.
— Ja?! Przecież ja tu mieszkam! — niemal krzyknąłem. — To moje mieszkanie! Moja kuchnia! Moja…
Urwałem, bo z łazienki dobiegł szum wody, a po chwili kobiecy głos nucący jedną z popularnych piosenek.
Olga. Moja żona.
Nieznajomy spokojnie wyłączył palnik i przełożył jajecznicę na talerz. Trzy jajka, podsmażone na złocisto, z boczkiem przy brzegach. Dokładnie takie lubiłem. Przez sekundę zastanawiałem się nawet, czy o tym wiedział, czy był to tylko przypadek.
— Słuchaj, bracie, bez histerii — powiedział tonem, jakby to ja wtargnął do jego mieszkania. — Olga zaraz wyjdzie i wszystko ci wyjaśni.
— Olga?! — rzuciłem walizkę na podłogę. Z hukiem potoczyła się w stronę lodówki. — Mówisz do mojej żony po imieniu?! I masz na sobie moją koszulkę?!
Mężczyzna spojrzał na siebie i lekko się uśmiechnął.
— Fajna. Vintage.
Chwyciłem patelnię stojącą na drugim palniku. Zostało na niej jeszcze trochę tłuszczu. Zamachnąłem się, ale nie uderzyłem. Coś mnie zatrzymało. Być może resztki zdrowego rozsądku. A może strach przed tym, czego za chwilę miałem się dowiedzieć.
— Igorek! — Olga wyszła z łazienki owinięta szlafrokiem. Miała mokre włosy i wyraz kompletnego zaskoczenia na twarzy. — Ty… przecież miałeś wrócić dopiero w piątek!
— Tak, miałem! — odstawiłem patelnię. — Ale postanowiłem wrócić wcześniej. Stęskniłem się, rozumiesz?
Patrzyła na mnie, jakbym był duchem. Potem przeniosła wzrok na mężczyznę stojącego przy kuchence. W jej oczach przemknęło coś, czego nie potrafiłem wtedy jednoznacznie nazwać. Poczucie winy? Strach? A może ulgę?
— To Witalij — powiedziała cicho. — Mój… kolega z pracy.
— Kolega?! — roześmiałem się nerwowo. — Koledzy z pracy nie chodzą w cudzych koszulkach. I nie przygotowują śniadania o ósmej rano w cudzym mieszkaniu!
Witalij wziął widelec i zaczął spokojnie jeść. Robił to powoli, jakby cała sytuacja zupełnie go nie dotyczyła.
— Igor, porozmawiajmy spokojnie — zaczęła Olga, podchodząc do mnie.
— Spokojnie? Mam spokojnie patrzeć, jak twój „kolega” je śniadanie w moim domu?
Odwróciłem się i wyszedłem z kuchni. Potrzebowałem powietrza, przestrzeni, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi uciec choć na chwilę od tej absurdalnej sceny.
W przedpokoju zobaczyłem obce męskie buty. Drogie, skórzane, zdecydowanie w innym rozmiarze niż mój. Obok wisiała kurtka, a z kieszeni wystawał brelok do BMW.
Wtedy wszystko stało się jeszcze bardziej oczywiste.
Wróciłem do kuchni. Witalij właśnie dopijał kawę z mojego ulubionego kubka z napisem „Najlepszy programista roku”, który dostałem od współpracowników na poprzedni Nowy Rok.
— Ile? — zapytałem.
— Ile czego?
— Jak długo to trwa?
Olga spuściła wzrok. Nie odpowiedziała. Witalij odstawił kubek i wytarł usta papierową serwetką.
— Trzy miesiące — powiedział. — Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć.
Trzy miesiące. W tym czasie jeździłem w delegacje, pracowałem nad projektem, nocowałem w hotelach i każdego wieczoru do niej dzwoniłem. Pytałem, jak minął dzień i co u niej słychać. Odpowiadała, że wszystko jest w porządku, że tęskni i żebym jak najszybciej wrócił.
A tymczasem inny mężczyzna jadł rano śniadanie w mojej kuchni.
— Wyjdź — powiedziałem do Witalija.
— Co?
— Powiedziałem: wyjdź. Natychmiast.
Wstał i spojrzał na Olgę. Skinęła głową. Poszedł do przedpokoju, spokojnie założył buty i kurtkę, jakby kończył zwyczajną wizytę.
— Olga, zadzwonię — rzucił przed wyjściem.
Drzwi się zamknęły. Zostaliśmy sami.
— Igor… — zaczęła.
Podniosłem rękę.
— Nie teraz.
Wziąłem talerz z jajecznicą przygotowaną przez Witalija, podszedłem do okna i wysypałem zawartość na parapet. Jajka wylądowały na zimnym plastiku, a boczek zsunął się za nimi.
— Co ty robisz?! — zawołała Olga.
— Dokładnie o to samo chciałem zapytać ciebie.
Wyciągnąłem telefon, znalazłem numer Artioma, mojego najlepszego przyjaciela, i zadzwoniłem.
— Artiom, mogę zatrzymać się u ciebie na kilka dni? Długa historia. Zaraz będę.
Olga złapała mnie za rękę.
— Igor, poczekaj. Musimy porozmawiać.
— Porozmawiamy — odpowiedziałem. — Ale nie dzisiaj. Dzisiaj po prostu nie mogę na ciebie patrzeć.
Zabrałem walizkę, dokumenty i ładowarkę do laptopa. Przy drzwiach odwróciłem się jeszcze raz. Stała pośrodku kuchni, zagubiona i drobna w szlafroku, który podarowałem jej na urodziny. Po raz pierwszy w ciągu siedmiu lat wspólnego życia nie miałem ochoty jej przytulić.
U przyjaciela próbowałem zrozumieć, co się wydarzyło
Na zewnątrz był styczeń. Samochody na parkingu pokrywał szron, a każdy oddech zamieniał się w parę. Wsiadłem do swojej Łady, uruchomiłem silnik i pojechałem na drugi koniec miasta do Artioma.
Mieszkał na obrzeżach, w dzielnicy nowych bloków. Kiedyś ja i Olga także myśleliśmy o przeprowadzce w podobne miejsce. Planowaliśmy przyszłość, marzyliśmy i odkładaliśmy pieniądze.
Teraz wszystko wydawało mi się pozbawione sensu.
Artiom otworzył drzwi w spodniach dresowych i podkoszulku. Najwyraźniej dopiero się obudził.
— Stary, dlaczego jesteś taki blady?
— Żona mnie zdradza — wyrzuciłem z siebie. — Zastałem obcego faceta we własnej kuchni. Smażył jajka. Wyobrażasz sobie?
Artiom zagwizdał.
— Niezły zwrot akcji. Wchodź, zrobię kawę.
Usiedliśmy w jego niewielkiej kuchni, zastawionej naczyniami i zupełnie niepodobnej do mojej, w której Olga zawsze pilnowała porządku. Opowiedziałem mu wszystko: o delegacji, wcześniejszym powrocie i Witaliju chodzącym po mieszkaniu w mojej koszulce.
— I co teraz? — zapytał.
— Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Olgi:
„Igor, przepraszam. Naprawdę musimy porozmawiać. To nie jest tak, jak myślisz”.
Nie tak, jak myślę? Trudno było mi wyobrazić sobie inne wyjaśnienie.
Nie odpisałem. Wyciszyłem telefon i położyłem go ekranem do dołu.
— Słuchaj — powiedział Artiom, pochylając się nad stołem. — Mam znajomą. Prywatną detektyw. Jeśli naprawdę chcesz poznać całą prawdę…
— Jaką prawdę? Przecież widziałem wszystko na własne oczy.
— Jasne. Ale mogą być jakieś szczegóły, o których nie wiesz.
Zacząłem się nad tym zastanawiać. W gruncie rzeczy nie wiedziałem o Witaliju nic poza imieniem. Nie wiedziałem, kim jest, skąd się pojawił ani jak długo naprawdę zna Olgę. Czy trzy miesiące oznaczały długość ich romansu, czy tylko jego część?
— Daj mi kontakt — powiedziałem.
Prywatna detektyw odkrywa prawdę
Detektywem okazała się kobieta. Wysoka, około czterdziestki, z krótkimi włosami i przenikliwym spojrzeniem. Nazywała się Tamara Siergiejewna. Spotkaliśmy się w kawiarni przy ulicy Puszkińskiej. Sama zaproponowała to miejsce, tłumacząc, że będzie tam spokojnie.
Wyjęła notes i długopis.
— Imię i nazwisko żony?
— Olga Ignatiewa. Pracuje jako menedżerka w firmie handlowej „Alfastroj”.
— Adres?
Podałem wszystkie potrzebne informacje.
— A ten mężczyzna, Witalij? Zna pan nazwisko?
— Nie. Tylko imię. Jeździ czarnym BMW. Numeru rejestracyjnego nie zapamiętałem.
— Proszę opisać wygląd.
Próbowałem przypomnieć sobie każdy szczegół. Wysoki, wysportowany, ciemne włosy, zarost. Dżinsy, drogie buty. I oczywiście moja koszulka Metalliki.
Tamara Siergiejewna zamknęła notes.
— Potrzebuję trzech lub czterech dni. Zaliczka to dwadzieścia tysięcy. Jeśli znajdę coś istotnego, po zakończeniu pracy kolejne trzydzieści.
Zapłaciłem. W tamtej chwili pieniądze nie miały dla mnie większego znaczenia. Chciałem tylko wiedzieć, co naprawdę się dzieje.
Kolejne dni ciągnęły się w nieskończoność. Olga pisała do mnie wielokrotnie każdego dnia. Wysyłała wiadomości, nagrania głosowe, a nawet napisała e-mail. Czytałem wszystko, ale nie odpowiadałem.
Trzeciego dnia zadzwoniła Tamara Siergiejewna.
— Igorze Władimirowiczu, musimy się spotkać. Pilnie.
Jej ton był chłodny i zawodowy. Nie wyczułem ani satysfakcji, ani współczucia.
W tej samej kawiarni czekała na mnie z teczką dokumentów.
— To, co zaraz panu powiem, nie będzie przyjemne. Ale chciał pan znać prawdę.
Usiadłem i zacisnąłem dłonie pod stołem.
— Witalij Kniaziew, trzydzieści siedem lat. Współwłaściciel sieci klubów fitness. Żonaty, ma dwoje dzieci. Jego żona, Swietłana Kniaziewa, pracuje jako lekarka w prywatnej klinice.
— Jest żonaty?
— Tak. I to nie wszystko. Pańska żona poznała go nie trzy miesiące temu, ale osiem miesięcy temu, podczas imprezy firmowej „Alfastroju”. Firmy realizowały wtedy wspólny projekt.
Osiem miesięcy. Wszystkie moje delegacje, rozmowy telefoniczne i zapewnienia, że tęskni, nagle nabrały zupełnie innego znaczenia.
— Proszę mówić dalej.
— Spotykają się nie tylko w pańskim mieszkaniu. Jest wynajęte mieszkanie przy ulicy Gagarina. On je opłaca gotówką. Byłam tam wczoraj. Sąsiedzi potwierdzili, że widzieli go z kobietą odpowiadającą opisowi pańskiej żony.
Położyła przede mną kilka fotografii. Olga i Witalij wychodzący z budynku. Olga z Witalijem w restauracji. Oboje w jego samochodzie.
— A teraz najważniejsze — powiedziała detektyw. — Witalij Kniaziew ma pewien schemat działania. Interesują go zamężne kobiety. W ciągu ostatnich pięciu lat miał co najmniej siedem romansów. Wszystkie z kobietami mającymi mężów.
Poczułem, jak coś we mnie pęka.
— Ciągle zdradza żonę — kontynuowała. — Ona najwyraźniej o tym wie, ale to toleruje. Pańska Olga jest dla niego kolejną relacją.
— Czy Olga wie, że on ma żonę?
— Tego nie udało mi się potwierdzić. Możliwe, że nie. Potrafi bardzo przekonująco kłamać.
Oparłem się o krzesło. Nagle zrozumiałem, że być może nie tylko ja zostałem oszukany. Olga mogła nie wiedzieć, kim naprawdę jest Witalij.
— Co zamierza pan zrobić? — zapytała Tamara Siergiejewna.
— Nie wiem. Muszę pomyśleć.
Zapłaciłem pozostałą kwotę i wyszedłem z kawiarni. Było już ciemno. Styczniowy wiatr uderzał mnie w twarz, lecz prawie nie czułem zimna.
Telefon ponownie zawibrował.
Olga napisała: „Igor, wiem, że jesteś na mnie zły. Ale muszę ci coś powiedzieć. Spotkamy się?”.
Odpisałem: „Jutro. O siódmej wieczorem. W naszej kawiarni”.
Chodziło o lokal nad nabrzeżem, w którym siedem lat wcześniej się jej oświadczyłem.
