„Coś wymyślę” okazało się trudniejsze, niż myślał. Pożyczać od znajomych było wstyd. Iść do banku po kredyt z jego niestabilnymi dochodami nie miało sensu. Została jedna opcja, najgorsza. W dalekiej szufladzie komody, pod stertą starych koszulek, leżała srebrna papierośnica po dziadku. Srebrna, z misterną grawerunką. Pamiątka. Jedyna rzecz, która została po dziadku, który nauczył go pracy z drewnem. Oleg wyjął ją, obejrzał zimny, ciężki metal. Wybacz, dziadku. W lombardzie za papierośnicę dali dwa tysiące złotych. Upokarzająco mało, ale na kaucję dla Leny powinno wystarczyć. Przetoczył jej pieniądze i powlókł się do domu, czując się opróżniony i brudny.
Anna wróciła późno. W milczeniu przeszła do sypialni, przebrała się w domowe ubranie. Oleg siedział w kuchni, tępo wpatrując się w ciemne okno. „Sprzedałem papierośnicę po dziadku” – powiedział w ciszę, nie odwracając się. Anna zamarła w progu. „Po co?” – „Lence. Znowu pilnie potrzebowała pieniędzy. Na «projekt jej życia»”. Spodziewał się wyrzutów, krzyku, czegokolwiek. Ale Anna po prostu podeszła, usiadła przy stole naprzeciwko i powiedziała zmęczonym głosem: „Oleg, dlaczego po prostu ze mną nie porozmawiałeś? Dlaczego uznałeś, że kłamstwo i wyciąganie pieniędzy za moimi plecami to najlepsze wyjście? Uważasz mnie za potwora?” – „Nie” – pokręcił głową. „Uważam się za nieudacznika. Ty jesteś odnosząca sukcesy, mądra, silna. A ja… Ja jestem tylko facetem, który nie potrafi utrzymać rodziny i rozwiązać problemów siostry, nie grzebiąc w portfelu żony. Wstydziłem się”. – „Wstydzić należy się nie za to, że zarabiasz mniej. Wstydzić należy się za kłamstwo” – jej głos zadrżał. „Wychodziłam za mąż nie za twój portfel. Wychodziłam za ciebie. Za człowieka, który z kawałka drewna potrafi zrobić dzieło sztuki. Za człowieka, z którym było ciepło i bezpiecznie. Gdzie on się podział, Oleg?” Nie wiedział, co odpowiedzieć. Sam nie wiedział, gdzie podział się tamten Oleg. Zgubił się gdzieś między miłością do żony a litością dla siostry, między dumą a wstydem.
Przez następne kilka tygodni ich życie zamieniło się w dziwne współistnienie dwóch obcych osób w jednym mieszkaniu. Prawie ze sobą nie rozmawiali. Anna zanurzyła się w pracy, wracała późno, często jadała kolacje gdzieś w mieście. Oleg próbował pracować w warsztacie, ale nic mu nie wychodziło. Wziął kilka drobnych zleceń na renowację mebli, żeby mieć choć jakieś pieniądze. Życie według harmonogramu, bez spontanicznych radości, bez wspólnych wieczorów i planów. Pieniądze, które zarabiał, skrupulatnie wydawał na jedzenie i rachunki, zostawiając paragony na kuchennym stole. To było jego milczące świadectwo, że nie jest utrzymankiem. Anna w milczeniu zabierała paragony, a ta cisza była gorsza niż jakiekolwiek słowa. Pewnej soboty Anna szykowała się gdzieś wyjechać. Miała na sobie wygodne dżinsy i sweter, w ręku małą torbę podróżną. „Dokąd jedziesz?” – zapytał Oleg, nie kryjąc niepokoju. Odchodzi? – „Jadę do twojej mamy” – odpowiedziała po prostu Anna. „Wydaje mi się, że muszę z nią porozmawiać”. Oleg zesztywniał. Mama. Teraz opowie jej wszystko, a mama… Co mama? Zawsze była po jego stronie, ale w tej sytuacji… Wyobraził sobie, jak Anna będzie się skarżyć na niego i Lenkę, i poczuł nową falę upokorzenia. „Nie trzeba. Nie wplątuj jej” – poprosił głucho. – „Jestem już dużą dziewczynką, Oleg. Sama zdecyduję, co mam robić” – Anna spojrzała na niego długim, niezrozumiałym wzrokiem i wyszła.
Dwa dni jej nieobecności były męką. Oleg nie znajdował sobie miejsca. Dzwonił do matki, ale ta nie odbierała. Nie odbierała też Anna. Wyobrażał sobie najgorsze scenariusze: jak się kłócą, jak mama oskarża Anię o bezduszność, jak Ania w odpowiedzi wylewa całą prawdę o wybrykach Lenki. Anna wróciła w niedzielę wieczorem. Cicha, zamyślona, z jakimś nowym, twardym wyrazem w oczach. Przywiozła torbę z domowymi przetworami i drożdżówkami. Od mamy. „No co?” – nie wytrzymał Oleg. „Wylałaś na mnie wiadro błota? Opowiedziałaś mamie, jakiego ma nieudolnego syna?” Anna postawiła torbę na podłodze i spojrzała na niego. „Nie. Z Galiną Iwanowną bardzo dobrze porozmawiałyśmy. To niezwykła kobieta, Oleg. Bardzo mądra. I bardzo zmęczona”. Opowiedziała mu. Nie o tym, jak się skarżyła, ale o tym, co usłyszała. Galina Iwanowna nie broniła ani jego, ani Leny. Po prostu opowiadała. O tym, jak Lena od dziecka taka była – urocza i kompletnie nieodpowiedzialna. Jak w szkole „gubiła” pieniądze na obiady, a Oleg oddawał jej swoje. Jak wyjechała na studia do innego miasta i po pół roku rzuciła, wydając w trzy miesiące całe przesłane na rok naprzód pieniądze. Jak Oleg, jeszcze student, szedł pracować na nocnej zmianie jako tragarz, by spłacić jej długi. Jak sama Galina Iwanowna przez wiele lat spłacała za nią kredyty, aż padła z sercem. „Powiedziała, że nie jesteś tylko jej bratem. Jesteś jej funkcją” – mówiła cicho Anna. „Funkcją «ratunku». Póki jesteś, ona nie musi dorastać. Będzie wymyślać projekty, wpadać w długi, wiedząc, że starszy brat przyjdzie i wszystko załatwi. Nawet kosztem własnego życia. Kosztem własnej rodziny”. Anna zamilkła, a potem dodała, patrząc gdzieś w ścianę: „A jeszcze powiedziała: «Aneczko, nie daj mu zniszczyć też twojego życia. Bardzo kocham syna, ale widzę, że ta jego miłość do siostry to nie dobroć, a choroba. I on sam nie chce się z niej leczyć»”.
Oleg słuchał i czuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Słowa matki, przekazane przez żonę, trafiały celniej i boleśniej niż jakiekolwiek wyrzuty. Całe jego życie, cała jego „pomoc” siostrze stanęła przed nim w zupełnie innym, brzydkim świetle. Nie pomagał. Kaleczył. I ją, i siebie, i swoją rodzinę. Następnego dnia wypłacił wszystkie pieniądze ze swojej karty płacowej. Zostawił sobie trochę na życie, a resztę położył na kuchennym stole przed Anną. „To pierwsza część” – powiedział ochrypłym głosem. „Oddam wszystko do grosza”. Anna spojrzała na pieniądze, potem na niego. „Nie potrzebuję tych pieniędzy, Oleg”. – „A ja potrzebuję” – powiedział stanowczo. „Nie chodzi o oddanie pieniędzy. Muszę spłacić dług”. Zaczął pracować jak opętany. Przez znajomych znalazł wyjście do fabryki mebli, zatrudnił się w dziale doświadczalnym. Pracował po dwanaście godzin, wracał do domu wyciśnięty jak cytryna, padał i zasypiał. Co dwa tygodnie w milczeniu kładł na stół kolejną sumę. Anna tak samo w milczeniu zabierała pieniądze. Między nimi wciąż stała ściana, ale pojawiła się w niej maleńka rysa. Widział w jej oczach nie pogardę, ale coś na kształt… obserwacji. Obserwowała go. Lena dzwoniła jeszcze kilka razy. Studio aerojogi oczywiście upadło, zanim zdążyło się otworzyć. Teraz potrzebowała pieniędzy, żeby „odczepić się od bandytów-wynajmujących”. Oleg po raz pierwszy w życiu powiedział jej stanowcze i ostateczne „nie” i odłożył słuchawkę, nie słuchając jej wrzasków i gróźb. Czuł się tak, jakby usunął chory ząb. Było boleśnie, pusto, ale jednocześnie – słusznie.
